Choć 700 tys. zł, jakie można pozyskać w tej edycji unijnego Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka 8.1, to łakomy kąsek, zostać beneficjentem nie będzie łatwo. O tym, kto dostanie pieniądze, decyduje konkurs ze ściśle określoną punktacją, a wnioski składać można do 20 kwietnia. Szymon Gawryszczak, prezes zarządu Agencji Rozwoju Innowacji, zajmującej się doradztwem związanym z pozyskiwaniem kapitału na rozwój, tłumaczy, że minimum, które pozwala myśleć o dofinansowaniu, to 60 punktów na 100 możliwych. Ocena jest wydawana na podstawie kryteriów fakultatywnych.

Za to, że projekt polega na wdrażaniu i świadczeniu usług elektronicznych o znaczeniu krajowym lub międzynarodowym, można uzyskać aż 50 punktów. Dodatkowe 20 przysługuje za znalezienie rynkowej niszy. Potem trzeba się uzbroić w cierpliwość.

– Łącznie sprawy formalne mogą zająć prawie rok, licząc od dnia złożenia wniosku. To bardzo długi okres, jeśli spojrzy się z punktu widzenia branży internetowej, która zmienia się z dnia na dzień – dodaje Szymon Gawryszczak.

Zanim firma dostanie środki, może się okazać, że projekt nie ma już sensu, bo w tym czasie podobny uruchomił ktoś inny. Z tego powodu inwestujący w start-upy nie mają dobrego zdania o unijnych dotacjach.

– Fundusze unijne stworzyły wrażenie, że czy się stoi, czy się leży, 200 tys. euro się należy. Nie ma z tego zbyt wielu efektów – mówi Krzysztof Kowalczyk, partner funduszu HardGamma Ventures, inwestujący w start-upy. I dodaje, że często spotyka się z takim przekonaniem wśród osób, które przychodzą do niego ze swoimi pomysłami. – Zdarza się, że najpierw wykorzystały unijne środki, a dopiero potem szukają na rynku dalszego finansowania i modelu biznesowego – dodaje.

Poważniejszy problem to brak innowacyjności zgłaszanych projektów. – Z założenia powinny wygrywać tylko te, które wykorzystują niezagospodarowane nisze rynkowe. W praktyce mamy w Polsce sto serwisów zakupów grupowych, z czego część jest finansowana z funduszy UE – dodaje Szymon Gawryszczak.

By start-up mógł myśleć o dofinansowaniu ze strony inwestorów, musi – zdaniem Krzysztofa Kowalczyka – rozwiązywać realny problem.

– Może dotyczyć dużej lub mniejszej grupy ludzi, przedsiębiorców, konkretnych firm. Ale nie może to być kolejny klon istniejących już rozwiązań – podkreśla Krzysztof Kowalczyk. Jego fundusz inwestuje w takich dziedzinach, jak gry społecznościowe, geolokalizacyjno-społecznościowe, a także chmury obliczeniowe, biotechnologia oraz nauki fizykochemiczne.

– To są dziś gorące obszary, w których innowacyjny projekt ma szanse myśleć o globalnej ekspansji. Poza nimi duży potencjał ma też analiza dużych zbiorów danych, których przybywa za sprawą smartfonów, tabletów i innych urządzeń połączonych z internetem – dodaje.

Dotąd wyłożył 1,5 mln zł w 21 projektów, wśród których są takie, jak aplikacja zakupowa Showroom, serwis lokalizacyjny Lokter czy – zdobywające już międzynarodowe uznanie – Filmaster, służący do oceny filmów, i narzędzie dla programistów Codility. Dwa kolejne start-upy (ArNav i BusyFlow) ze stajni HardGamma znalazły się z kolei wśród 20 najbardziej obiecujących projektów podczas niedawnej branżowej imprezy London Web Summit. W tym roku do wydania ma więcej pieniędzy. – Nasze plany zakładają inwestycje rzędu 2 mln zł w cztery projekty. Ale może być ich więcej – podkreśla Krzysztof Kowalczyk.

Podobnych funduszy jest kilka. Ale pieniędzy szukać można też u aniołów biznesu, którzy lokują swoje pieniądze w projektach będących we wczesnej fazie rozwoju w zamian za udziały. – Ich inwestycje wiążą się z bardzo dużym ryzykiem, więc stawiają wysokie wymagania co do stóp zwrotu; średnio jest to ok. 20 proc. rocznie. W podobny sposób działają fundusze venture capital, tyle że średnio oczekują stopy zwrotu na poziomie ok. 30 proc. rocznie – wyjaśnia Szymon Gawryszczak z Agencji Rozwoju Innowacji.