Żeby zrozumieć, o co toczy się spór między spółką Instytut Monitorowania Mediów a wydawcami prasy, trzeba wyjaśnić, na czym polega jej działalność. Firmy prywatne i urzędy zamawiają u IMM usługę monitorowania prasy pod kątem określonych słów kluczowych. W efekcie otrzymują w formie elektronicznej przegląd prasy, w którym znajdują się interesujące ich artykuły. Dzięki temu sami nie muszą kupować gazet. Usługę tę nazywa się press clippingiem.

Tyle że korzystanie z artykułów w celu ich dalszej odsprzedaży powinno oznaczać wykupienie licencji. Żeby to ułatwić, wydawcy powołali Stowarzyszenie Wydawców REPROPOL, które od stycznia 2014 r. ma zatwierdzone tabele wynagrodzeń. W tej chwili zarządza licencjami 50 wydawców, które wraz z dodatkami publikują 646 tytułów, co odpowiada ok. 80 proc. nakładu całej prasy na polskim rynku. IMM ma zaś zawarte umowy licencyjne z wybranymi wydawcami, ale nie z REPROPOL-em.

– Wydawcy ponoszą koszty związane z powstaniem artykułów, a IMM zwyczajnie je skanuje i sprzedaje dalej, traktując jak swą własność. To nie tylko nieuczciwe wobec prasy, ale również wobec innych firm zajmujących się press clippingiem, które uczciwie wykupują licencje i ponoszą związane z tym koszty – uważa Maciej Hoffman, dyrektor Izby Wydawców Prasy.

Umowy licencyjnej z REPROPOL-em nie zawarła też druga najważniejsza w tej branży firma Press Service. Łącznie szacuje się, że obydwie mają ok. 80 proc. rynku press clippingu. Pozostałe 20 proc. to sześć firm, które działają zgodnie z literą prawa i płacą za licencje (w minionym roku to ok. 215 tys. zł wypłacone wydawcom).

Dlaczego dwie największe firmy nie zawarły umowy?

– REPROPOL usiłuje narzucić podpisanie umowy, w ramach której chce licencjonować dostęp do prasy kilkudziesięciu wydawców w niej skupionych z ponad 2 tys. istniejących na rynku. Nie zgadzamy się na takie nierówne traktowanie wydawców i nie będziemy uczestniczyli w tym procederze podziału środowiska – tłumaczy prezes IMM Paweł Sanowski.

Zarówno IWP, jak i REPROPOL uważają jednak zarzut za absurdalny.

– Jak można mówić o dzieleniu środowiska, skoro każdy wydawca może powierzyć REPROPOL-owi zarządzanie swoim prawami – pyta retorycznie Maciej Hoffman.

Bez podstawy prawnej

IMM jako podstawę swej działalności wskazuje art. 30 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. z 2006 r. nr 90, poz. 631 ze zm.). Zgodnie z nim „ośrodki informacji lub dokumentacji mogą sporządzać i rozpowszechniać własne opracowania dokumentacyjne oraz pojedyncze egzemplarze, nie większych niż jeden arkusz wydawniczy, fragmentów opublikowanych utworów”. Jak wynika jednak z wydanego niedawno przez Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wyroku (sygn. akt VII SA/Wa 2280/14), spółka nie może być uznana za ośrodek informacji i dokumentacji, a więc nie ma prawa powoływać się na ten przepis. Paradoksalnie to IMM doprowadziło do wydania tego orzeczenia, domagając się, by REPROPOL przestał być organizacją zbiorowego zarządzania prawami autorskimi.

„Spółka nie posiada statusu ośrodka informacji i dokumentacji (...). Działalność IMM prowadzona jest przy wykorzystaniu twórczości innych osób, do której prawa przysługują wydawcom skupionym w REPROPOL-u” – można przeczytać w uzasadnieniu wyroku. Nawet jednak gdyby spółce przysługiwał taki status i tak nie mogłaby się ona podpierać art. 30 prawa autorskiego. Dotyczy on bowiem wydań papierowych. Nie zezwala więc na digitalizację artykułów i rozpowszechnianie ich w formie elektronicznej.

– To anachroniczny przepis, który dotyczy – bo zgodnie z prawem europejskim tylko tego może dotyczyć – wyłącznie analogowych form korzystania o ubocznym znaczeniu – mówił w ostatnim wywiadzie dla DGP Karol Kościński, dyrektor Departamentu Własności Intelektualnej i Mediów w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

– Dla mnie prywatna firma, która w celach stricte komercyjnych korzysta z cudzej twórczości i konkuruje w jej dystrybucji z uprawnionymi, tak naprawdę jedynie udaje, że jej działalność mieści się w ramach dozwolonego użytku – dodawał.

Właśnie z powodu anachroniczności MKiDN proponuje w projekcie nowelizacji wykreślenie art. 30. „Ze względu na jego analogowy charakter – w praktyce nie jest stosowany, ma znaczenie marginalne i stanowi anachronizm pozostający bez jakiegokolwiek związku z aktualną działalnością prowadzoną przez ośrodki informacji i dokumentacji, które nie sporządzają od dawna analogowych przeglądów prasy” – napisano w uzasadnieniu. „Dodatkowo bywa wykorzystywany jako uzasadnienie dla profesjonalnej działalności gospodarczej o zupełnie innym charakterze i skali niż tworzenie analogowych przeglądów prasy, tj. działalności polegającej na cyfrowym press-clippingu” – zaznaczono.

Akcja lobbingowa

Propozycja wykreślenia spowodowała kontratak spółki IMM. Rozesłała ona do lokalnych i specjalistycznych wydawnictw petycję z prośbą o podpisanie i przekazanie posłance Iwonie Śledzińskiej-Katarasińskej (PO), przewodniczącej sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu. Przekonuje w niej, że wykreślenie art. 30 to działanie na rzecz dużych korporacji wydawniczych.

„Jako krajowi wydawcy regionalnych, lokalnych i specjalistycznych czasopism zwracamy się do pani z apelem o niewzmacnianie roli dużych grup wydawniczych, które dysponują znaczącymi, w tym również zagranicznymi, źródłami kapitału. Podmioty te mają wystarczającą siłę, aby już obecnie wykupywać kolejne lokalne czasopisma, bądź wprowadzając swoje tytuły na nowe rynki, rozprowadzać je poniżej kosztów i w ten sposób wypychać nas z rynku” – można przeczytać w petycji. Chociaż sformułowana jest tak, jakby napisali ją sami wydawcy, w rzeczywistości pochodzi od IMM.

W e-mailu zachęcającym do jej podpisania pada też argument, że wykreślenie art. 30 prawa autorskiego spowoduje monopolizację na rynku press clippingu.

– To jawna manipulacja, która w wielu miejscach mija się z prawdą i na dodatek próbuje skłócić wydawców. Całkowitą nieprawdą jest to, że wykreślenie art. 30 w jakikolwiek sposób ograniczy możliwość monitoringu prasy. Ten przepis w ogóle nie dotyczy przeglądów przygotowywanych w formie elektronicznej i jest jedynie wykorzystywany jako pretekst do tego, by nie płacić wydawcom – przekonuje Maciej Hoffman.

W odpowiedzi na petycję swe stanowisko przedstawiło Stowarzyszenie Gazet Lokalnych, Stowarzyszenie Prasy Lokalnej i IWP. Wyliczono w nim 11 nieprawdziwych informacji, które ma zawierać petycja. „Z ubolewaniem musimy stwierdzić, że akcja lobbingowa IMM narusza dobre obyczaje oraz pomawia wielu wydawców o stosowanie nieuczciwych praktyk rynkowych” – stwierdzono na końcu.

Zarówno przedstawiciele IMM, jak i IWP oraz REPROPOL-u mieli przedstawić swe stanowiska na wczorajszym posiedzeniu sejmowej podkomisji pracującej nad projektem. Rozpoczynała się ona już po zamknięciu tego wydania DGP.

Etap legislacyjny

Prace w podkomisji