Kilka lat temu wzięcie dowolnego kredytu w banku nie nastręczało szczególnych problemów. Konkurencja między instytucjami finansowymi była tak duża, że banki prześcigały się w upraszczaniu procedur kredytowych i przyspieszaniu decyzji o pożyczce. Największym ułatwieniem była rezygnacja z konieczności przedstawiania zaświadczenia o zatrudnieniu i dochodach i udzielanie kredytów na dowód osobisty.

Podobnie jak w przypadku wielu innych segmentów rynku finansowego sytuację zmienił wybuch kryzysu finansowego. Związane z nim hamowanie gospodarki i wzrost bezrobocia sprawiły, że nagle część klientów przestała spłacać raty na czas. Banki musiały wyraźnie zwiększyć skalę rezerw tworzonych na kredyty konsumpcyjne – wkrótce udział należności zagrożonych w tej części portfela całego sektora sięgnął 20 proc.

Rezerwy były spowodowane nie tylko makroekonomią. Kłopotliwe okazywały się również kredyty na dowód. Nie brakowało bowiem osób, które pożyczały w ten sposób w kilku różnych bankach – kolejne kredyty w części szły na spłatę zadłużenia zaciągniętego wcześniej. Kiedy możliwości dalszego zadłużania się skończyły, z niespłacanymi należnościami miał do czynienia nie tylko ostatni bank w kolejce, lecz także jego poprzednicy.

Przy okazji kryzysowych zmian banki decydowały o ograniczeniu klientom dostępu do kredytów. Odbywało się to na różne sposoby – przez podniesienie oprocentowania pożyczek, zwiększenie prowizji czy wymagań dotyczących kupowania dodatkowych ubezpieczeń. Przede wszystkim jednak przez zmiany w sposobie obliczania zdolności kredytowej potencjalnych kredytobiorców. O ile wcześniej podejście banków do ryzyka było dość liberalne, to mniej więcej w połowie 2009 r. praktycznie na całym rynku bankowym stało się bardzo restrykcyjne (swoje dołożyła również Komisja Nadzoru Finansowego, która uchwaliła rekomendację T wprowadzającą nowe zasady wyliczania zdolności kredytowej).

Efekt? O ile do końca 2008 r. łączny portfel kredytów konsumpcyjnych (bez uwzględnienia kart kredytowych i kredytów w rachunku bieżącym) w bankach rósł w tempie przekraczającym nawet 35 proc. w skali roku, to później zaczęło się hamowanie i trwa ono do dziś. Od blisko dwóch lat wartość tego portfela w skali roku nawet się zmniejsza. Ze 112 mld zł w sierpniu 2010 r. spadła do 104 mld zł w grudniu 2012 r.

Jednak życie nie znosi próżni. W miejsce zwolnione przez banki weszły firmy pożyczkowe. Udzielają one pożyczek ze środków własnych albo pożyczonych od inwestorów na rynku kapitałowym dzięki emisji obligacji. Inaczej niż banki takie firmy nie mogą przyjmować od klientów depozytów.

Finansowanie, jakie wykorzystują firmy pożyczkowe, jest znacznie droższe niż to, na jakie mogą liczyć banki. Aby pokryć jego koszty, a dodatkowo poradzić sobie ze stratami związanymi z niespłacanymi pożyczkami i być w stanie wykazać zyski, żądają one od klientów opłat wyższych niż banki. Nie tylko w postaci oprocentowania (jego poziom jest ograniczony przez ustawę antylichwiarską do czterokrotności stopy lombardowej NBP, obecnie górna granica oprocentowania pożyczek i kredytów to 21 proc.), lecz także różnego rodzaju prowizji – za udzielenie pożyczki czy za obsługę spłaty.

Oferta firm pożyczkowych sprzedaje się dobrze, ale trzeba pamiętać o tym, że nie jest tania. Standardowo podawane w umowach o kredyt konsumencki tzw. rzeczywiste roczne oprocentowanie (uwzględniające nie tylko odsetki, lecz także wysokość prowizji, przeliczone w skali roku) może wynosić nawet kilkaset procent. Wzrost skali działania pozabankowych firm pożyczkowych (w połączeniu z głośnymi upadkami piramid finansowych z firmą Amber Gold na czele) skłoniło kilka publicznych instytucji do przeprowadzenia społecznej kampanii „Nie daj się nabrać, sprawdź, zanim podpiszesz”.

„Celem akcji jest zwrócenie uwagi społeczeństwa na ryzyka związane z zawieraniem umów finansowych, w tym przede wszystkim z zaciąganiem wysoko oprocentowanych, krótkoterminowych pożyczek, tzw. chwilówek, oraz z korzystaniem z usług finansowych, które nie podlegają szczególnemu nadzorowi państwa” – informowali inicjatorzy akcji, w którą zaangażowane są Narodowy Bank Polski, Bankowy Fundusz Gwarancyjny, Komisja Nadzoru Finansowego, Ministerstwo Finansów, Ministerstwo Sprawiedliwości, policja oraz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

W perspektywie kilku miesięcy problem pożyczek pozabankowych powinien się zmniejszyć. Można się bowiem spodziewać zwiększenia skali kredytowania ze strony banków. Pozwoli na to spodziewane w najbliższym czasie poluzowanie wymagań nadzoru w zakresie oceny zdolności kredytowej.