Całe gigantyczne zamieszanie, do jakiego doszło w Polsce w związku ze skokowym wzrostem cen energii elektrycznej, sprowokowało polityków ze wszystkich stron, by przedstawić własną interpretację tego, dlaczego prąd drożeje. No i tradycyjnie – kto jest winien? Bo wiadomo, że nie my. W tej sprawie pojawia się tak wiele nieprawdziwych twierdzeń, że trudno nie zareagować. Niektórzy starają się za wszelką cenę nie widzieć tego, jaka jest prawda.
Reklama
Wciąż powtarzana jest fraza, że za wszystkim stoi „wzrost cen uprawnień do emisji CO2”. To prawda – zdrożały mocno. W poniedziałek w Europie handlowano nimi po ponad 23 euro, czyli prawie cztery razy drożej niż na początku 2018 r. Minister Tchórzewski napisał nawet jesienią pismo do Brukseli z pytaniem, czemu jest tak drogo, a potem wzywał unijnych komisarzy do interwencji. Polityk, który już 12 lat temu był wiceministrem gospodarki ds. górnictwa i zajmował się też energetyką, dzisiaj pyta, czemu CO2 drożeje. Ale idźmy dalej.
Można śmiało powiedzieć, że wzrost cen uprawnień CO2 w polską energetykę uderza najbardziej w całej UE, bo ok. 80 proc. prądu wciąż wytwarzamy z węgla, co oznacza, że produkując jedną megawatogodzinę energii (MWh), emitujemy aż 730 kg CO2. Dla porównania, w Niemczech wczoraj było tylko 210 kg CO2/MWh. Ale nie lubimy się porównywać z Niemcami, więc spójrzmy w drugą stronę – w europejskiej części Rosji średnia emisyjność produkcji prądu wynosiła wczoraj 350–400 kg CO2/MWh, a na Ukrainie nawet mniej.
Jednym słowem, emitujemy więcej niż Rosjanie, którzy sprzedają nam swój węgiel, a za wzrost kosztów obwiniamy UE. To niebywałe. Polscy politycy są zaskoczeni tym, co dzieje się w unijnej i światowej energetyce. Przypomnę zatem, że członkiem UE jesteśmy od 2004 r., europejski system handlu prawami do emisji powstał w roku 2005, a my od tego czasu usilnie staraliśmy się nie widzieć, do czego prowadzi polityka energetyczno-klimatyczna klubu, do którego wstępujemy, i podpisaliśmy zobowiązania, że tak, dostosujemy się do tego. Jednak kolejne rządy uważały, że my, „węglowa husaria Europy”, będziemy ze wszystkich rygorów tej właśnie polityki zwalniani. Irytuje szczególnie udawanie, że nie zauważamy problemu, lub twierdzenie, że nas dekarbonizacja nie dotyczy. Tym sposobem mija już 13. rok, odkąd wbrew faktom pielęgnujemy nadzieję, że jakimś cudem to wszystko nas ominie.
Jeśli ktoś potrzebuje, by mu odświeżyć pamięć, to już w latach 2006–2007 pisałam, podobnie jak wielu innych dziennikarzy, że uprawnienia CO2 mogą zdrożeć do nawet 50 euro za tonę i że będzie to mieć duże skutki dla gospodarki. Pamiętajmy przy tym – uprawnienia do emisji są parapodatkiem, który ma zmuszać kraje UE do odchodzenia od węgla. Nigdy nie miało być inaczej. I te przedziały cenowe nadal nie zostały osiągnięte, a polscy politycy udają zaskoczonych, żeby nie powiedzieć: głupich.
I trwa przepychanka. Ale prawda jest taka, że PiS i PO ponoszą winę po równo. Za rządów Platformy nie ograniczono radykalnie emisji. Zapadła decyzja, by zmienić system wsparcia energetyki odnawialnej, ale prace nad przepisami wlekły się tak długo, że faktycznie temat musiał domykać już PiS. Za PO zdecydowano o budowie wielkiej elektrowni węglowej w Opolu. Jednocześnie rząd Ewy Kopacz udawał, tak jak jego następcy, że ratuje górnictwo. W końcu PiS – tu trzeba oddać – dogadał się z Brukselą w sprawie zamknięcia części śląskich kopalń. Po czym zaczął naciskać na budowę nierentownej elektrowni na węgiel w Ostrołęce – na węgiel z tego właśnie Śląska.
Mało tego. Przyjęta w 2009 r. polityka energetyczna Polski już po chwili okazała się nieaktualna, a Platforma przez lata nie zdążyła jej zaktualizować. Rządy Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego też celu nie dopięły. Czekamy.
Przykłady tych wszystkich paradoksów można mnożyć. Najgorsze jest to, że przez te wszystkie lata nikomu nie przyszło do głowy, by po prostu zrobić to, na co dogadaliśmy się z UE, czyli szybciej dekarbonizować gospodarkę.
I teraz zbieramy owoce własnych, polskich zaniedbań. Prąd z węgla drożeje, z OZE jest już tańszy od niego, a będzie taniał dalej, ale Polska twardo przy swoim – w imię bezpieczeństwa energetycznego będziemy mieć w nieskończoność bazę w węglu. I zamiast prowadzić badania nad nowoczesnymi technologiami, wspierać krajowych producentów zielonych technologii, rozwijać ten perspektywiczny sektor gospodarki, wciąż słyszymy o ratowaniu upadającego górnictwa. Przecież już nawet górnicy wiedzą, jak sprawy się mają, i chętnie skorzystaliby z konstruktywnych alternatyw, gdyby tylko ktoś im jakieś przedstawił.
Tylko że świat nie czeka – idzie naprzód. Ministerstwo Energii powtarza, że w 2050 r. chcemy utrzymać status quo i mieć połowę prądu z węgla. Unia tymczasem w 2050 r. chce dojść do zerowej emisji netto. Pytanie, czy faktycznie chcemy z UE wystąpić, czy przez kolejne naście lat kolejne rządy będą udawać zaskoczenie, że nie dostosowaliśmy się do reguł gry, a wyszło, jak wyszło.