Krajowe firmy energetyczne zaczynają zlecać kancelariom prawnym analizy skutków niedostosowania się do bieżącej polityki UE.
W sprawie redukcji emisji dwutlenku węgla Polska robiła dotychczas dobrą minę do złej gry. „Miks energetyczny Polski jest oparty w 80–90 proc. na węglu i nie da się tego zmienić z dnia na dzień” – powtarzali politycy przez ponad dekadę. Udział czarnego złota w strukturze paliw, z których wytwarzamy prąd, zmalał, ale jedynie o ok. 10 pkt proc. To za mało. W tym samym czasie, gdy my zastanawialiśmy się, jak utrzymać istotną pozycję krajowego górnictwa, Unia Europejska przyjmowała kolejne regulacje wprowadzające coraz bardziej ambitne cele polityki energetyczno-klimatycznej. Krótko mówiąc – pracowała nad tym, by całkowicie odejść od węgla, tak by ograniczyć emisję dwutlenku węgla do atmosfery.
W sektorze energetycznym pojawia się już świadomość, że w końcu przyjdzie nam ponieść konsekwencje braku redukcji emisji CO2. Skąd to wiemy? Jak dowiedział się DGP, polskie firmy energetyczne zaczynają zlecać kancelariom prawnym analizy skutków niedostosowania się do bieżącej polityki UE.
Reklama
Skutki finansowe już widać na Towarowej Giełdzie Energii. Uprawnienia do emisji CO2 kosztują już niemal po 30 euro za tonę. To pięć razy więcej niż przed rokiem. W efekcie hurtowe ceny prądu z dostawą na najbliższe trzy lata przekroczyły w czwartek 300 zł za megawatogodzinę (wzrost o ponad 40 proc. w skali roku). Kolejni mali sprzedawcy energii upadają, a polscy przedsiębiorcy dostają informacje o podwyżkach cen prądu.
Po ostatniej fali wzrostów ceny uprawnień CO2 prawdopodobnie odreagują i pójdą nieco w dół. Tak tanie jak rok temu, czyli po około 6 euro za tonę emisji, już raczej nie będą. To oznacza, że za uzależnienie od węgla będziemy płacić nie tylko w krótkim okresie. To trend długofalowy.

Reklama
Ale to nie koniec polskich kłopotów, których źródłem było wstrzymanie inwestycji w OZE, co zahamowało redukcję emisji CO2. Na razie jesteśmy w unijnym horyzoncie planowania do 2020 r. – dotąd było z górki. Cel redukcji emisji o 20 proc. w porównaniu z 1990 r. spełnił nam się niejako sam – w efekcie transformacji ustrojowej upadło wiele energochłonnych gałęzi przemysłu. Dodatkowo w ostatnich latach udało się zwiększyć efektywność energetyczną polskich firm.
Jednak Komisja Europejska przykręca śrubę. Trwają prace nad tzw. pakietem zimowym, czyli zestawem przepisów mających gruntownie zreformować unijny rynek energii. I tu już łatwo nie będzie.
Dziennik Gazeta Prawna
Z polskiego punktu widzenia bardzo istotne będzie unijne Rozporządzenie w sprawie zarządzania unią energetyczną (EU Governance). Marcin Stoczkiewicz, prezes Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi, zwraca uwagę, że w momencie jego przyjęcia zacznie obowiązywać także w polskim porządku prawnym. To znaczy, że kraje członkowskie nie będą mogły grać terminami i szczegółowymi przepisami, jak to miało dotychczas miejsce przy implementacji poszczególnych dyrektyw.
Chociaż prace nad pakietem zimowym wciąż są w toku, to problemów będzie przybywać. – Już na podstawie znanych dzisiaj informacji można stwierdzić, że kończy się czas, gdy Polska w sprawie redukcji emisji gazów cieplarnianych i celu OZE grała z KE na zwłokę. Już za niedopełnienie celu OZE na 2020 r. grozi nam kara. Prawdopodobnie w 2022 r. polski rząd powinien również do końca tego roku przedstawić swój plan energetyczno-klimatyczny z celem redukcji gazów cieplarnianych do roku 2030 i z perspektywą 2050 r. Jeśli rząd tego nie zrobi, a wydaje się to niemal pewne, trzeba będzie realizować narzucony przez Brukselę tzw. scenariusz IRENA REMap przedstawiony w lutym tego roku przez Komisję – wyjaśnia Christian Schnell z kancelarii Solivan. Zgodnie z tym scenariuszem Polska w 2030 r. z węgla miałaby wytwarzać tylko 37 proc. energii elektrycznej. 33 proc. miałoby pochodzić ze źródeł odnawialnych.
Tymczasem wizja obecnego rządu jest inna: jeszcze w 2050 r. połowę energii mamy czerpać z węgla. Oznacza to, że nie da się spełnić polskiego planu i jednocześnie celu, które prawdopodobnie narzuci nam Bruksela. W związku z tym znów realne są kary.
– Sankcje mogą mieć dwojaki charakter. Po pierwsze, wstrzymanie środków unijnych z kolejnej perspektywy budżetowej przy braku realizacji planu energetyczno-klimatycznego, który prawdopodobnie stanowi warunek ex ante wypłaty funduszy programu Infrastruktura i Środowisko. Po drugie, kary finansowe. Nie wiadomo, czy i na którym etapie KE zdecyduje się kierować naruszenia planu do Trybunału Sprawiedliwości UE, ale nie można tego dzisiaj wykluczyć – ocenia Christian Schnell.