Spór katowickiego koncernu energetycznego z Invenergy nabiera rumieńców. Wzajemne oskarżenia są coraz mocniejsze.
Amerykańska firma Invenergy zainwestowała w Polsce w farmy wiatrowe. Miały one umowy długoterminowe na sprzedaż zielonych certyfikatów (świadectwa pochodzenia zielonej energii kupowane przez producentów brudnej energii) ze spółką zależną Tauronu – Pierwszą Kompanią Handlową (PKH). Ta w 2015 r. wezwała partnerów, w tym Invenergy, do negocjacji, powołując się na tzw. klauzule adaptacyjne w umowach. Przewidywały one obowiązek podjęcia rozmów w przypadku wystąpienia zmian w prawie. A te pozwoliły na ręczne zmniejszanie popytu na certyfikaty przez resort energii, gdyby ceny wzrosły.
Jak przekonuje Tauron, nie wszyscy do negocjacji przystąpili, więc doszło do wypowiedzenia umów. Przy okazji jednak i do sporów sądowych.
Reklama
– Tauron nigdy nie stosował właściwie klauzul adaptacyjnych w umowach. To on odmówił podjęcia uczciwych rozmów. Zamiast tego użył serii sztuczek – mówi DGP Patrick Whitty, dyrektor komunikacji amerykańskiego Invenergy.
Amerykanie złożyli przeciwko Tauronowi cztery pozwy na 1,2 mld zł. Dodatkowo na podstawie umów o wzajemnej ochronie inwestycji (tzw. BIT) w międzynarodowym arbitrażu pozwali także Polskę. Zażądali 2,5 mld zł odszkodowania.

Reklama
– Bierzemy pod uwagę wszystkie możliwości prawne rozwiązania tej sprawy. Invenergy uzyskał nakaz sądowy w Polsce zobowiązujący PKH do zawarcia umów na sprzedaż certyfikatów. Ale odmówili. To bezpośredni dowód, że nie można opierać się na zasadach świętości umów i rządów prawa w Polsce – mówi DGP Whitty.
– W postępowaniach sądowych nawet wnioski o zabezpieczenie roszczeń są oddalane – słyszymy w odpowiedzi Tauronu.
Koncern udowadnia, że w ogóle nie jest stroną sporu.
– W mojej ocenie możemy tylko spekulować, co było przyczyną decyzji o arbitrażu. W praktyce bowiem potrzebne są w takim postępowaniu konkretne argumenty – a inwestor musi wykazać nie tylko subiektywnie, ale i obiektywnie, że jego interes faktycznie został naruszony. I że nie tylko stała mu się krzywda, ale że odpowiedzialność za to ponosi państwo – tłumaczy Aleksander Galos, radca prawny z kancelarii Kochański, Zięba i Partnerzy, która reprezentuje katowicki koncern. – Tymczasem w sprawie z Invenergy stroną nie jest państwo polskie, ani nawet Grupa Tauron, a jedynie spółka celowa PE-PKH, a ponieważ spółka ta działa jako samodzielny podmiot gospodarczy do ustalenia ewentualnej odpowiedzialności właściwe jest wyłącznie prawo polskie – dodaje prawnik.
Podkreśla, że trzeba rozróżniać elementy ryzyka biznesowego od tych, które mogą być postrzegane jako uderzenie w inwestora. – Gdybyśmy mieli do czynienia z masową nacjonalizacją majątku, jak np. po drugiej wojnie światowej, wtedy roszczenia inwestorów byłyby uzasadnione – tłumaczy Galos.
Jednym z zarzutów Invenergy jest bowiem to, że Tauron chciał doprowadzić do sytuacji, w której PKH upadnie. Spółka wciąż działa.
Z dokumentów, którymi dysponujemy, wynika, że w momencie podpisywania umów Amerykanie wiedzieli, że Tauron w przypadku kłopotów PKH nie jest zobowiązany do jej dokapitalizowania.
– PKH działa pod kierownictwem Tauronu, a docelowo polskiego rządu, który był właścicielem koncernu, gdy umowy były zawierane – tłumaczy jednak Patrick Whitty. – Dziś nadal skutecznie powołuje rady nadzorcze. Twierdzenie Tauronu, czyli rządu polskiego, że PKH jest niezależną jednostką, to kompletna fikcja – dodaje. I tłumaczy, że „Polska zorganizowała serię działań, które zaszkodziły inwestycjom Invenergy”.
Z nieoficjalnych informacji DGP wynika, że Amerykanie nie powiedzieli ostatniego słowa. Niewykluczone, że podejmą kolejne działania w celu dochodzenia swoich praw.