Pisząc o kapitale i oszczędnościach narodowych, nie można zapomnieć co wchodzi w ich skład. Na oszczędności narodowe składają się te z sektora publicznego (czyli inwestycje publiczne pomniejszone o deficyt) oraz prywatnego. Rząd cały czas mówiąc o ich podniesieniu, całkowicie ignoruje negatywny efekt własnych działań zwiększających deficyt sektora finansów publicznych.

Najważniejszym punktem planu budowy kapitału jest „nowa emerytalna umowa społeczna”, która sprowadza się do podzielenia środków w OFE na dwie części. 35 mld zł aktywów innych niż akcje polskich spółek ma być przeniesione do Funduszu Rezerwy Demograficznej (czyli znacjonalizowane), a posiadane przez OFE akcje o wartości 103 mld zł mają trafić do trzeciego filara. Dotąd kolejne rządy regularnie przekierowywały środki FRD na bieżącą wypłatę emerytur. Stąd można się spodziewać, że rząd zwyczajnie luzuje swoje ograniczenie budżetowe i pieniądze dotychczas zaplanowane na łatanie dziury w ZUS przeznaczy na co innego.

Na poziome retorycznym przedstawiciele rządu mówią dużo o podniesieniu inwestycji i oszczędności, w praktyce jednak taka polityka sprowadza się do zadłużania państwa i pobudzania konsumpcji. Jest to dobrze widoczne w oficjalnym dokumencie, jakim jest aktualizacja planu konwergencji, w którym wprost są założone ostry wzrost wydatków publicznych oraz polityka utrzymywania wysokich deficytów. Populistyczne programy pobudzania konsumpcji takie jak Rodzina 500+, czy zapowiadane obniżenie wieku emerytalnego oraz urzędowy optymizm założeń budżetowych stawiają finanse publiczne pod dużą presją. 35 mld zł znacjonalizowanych środków z OFE w tej sytuacji zapewni ministrowi finansów dodatkowe 1–2 lata spokojnego snu.

Samo przeniesienie akcji posiadanych przez OFE do trzeciego filara należy uznać za właściwy kierunek, o ile będzie to wreszcie jednoznaczne uznanie ich za środki prywatne. Niestety zarówno działania poprzedniego rządu (kolejne skoki na OFE) oraz dotychczasowa retoryka obecnego doprowadziły do chorej sytuacji, w której oczekiwano na ostateczny rozbiór OFE i nacjonalizację wszystkich ich aktywów.

W całej dyskusji o potencjalnej nacjonalizacji OFE łatwo można zgubić perspektywę, co skrzętnie wykorzystuje rząd. Ludzie do oceny różnych faktów potrzebują punktów odniesienia, co wykorzystują m.in. sprzedawcy, wystawiając na wejściu do sklepu np. kurtkę o zaporowej cenie. I choć żaden klient jej nie kupi, to jednak oglądając potem w sklepie inne kurtki, już o mniej wygórowanych cenach, będą one wydawały mu się relatywnie tanie. W podobnym kierunku niestety poszła dyskusja o OFE, ponieważ wiele osób oczekiwało nacjonalizacji 100 proc. aktywów OFE, to teraz pomysł „upaństwowienia” 25 proc. aktywów OFE wydaje się „rozsądny”, choć przecież to wciąż nacjonalizacja. Podobnie z kontrolą polityków nad największymi spółkami – w dyskusji o OFE krążyły listy spółek prywatnych, których akcje posiadają OFE i które po zmianach trafiłyby pod kontrolę polityków. Teraz jest uczucie ulgi, że jednak te firmy pozostaną prywatnymi, a w tle umyka fakt, że nawet bez nacjonalizacji udział państwowych firm w gospodarce w Polsce jest największy spośród krajów OECD.

Zachęcanie Polaków do oszczędzania jest właściwym kierunkiem, ale trzeba zadać pytanie, jak wiarygodne są starania rządu, który jednocześnie nie cofa się przed nacjonalizacją oszczędności emerytalnych by finansować swoje bieżące pomysły. Sam pomysł Pracowniczych Programów Kapitałowych jest dobrym kierunkiem, ale kluczowe będą rozwiązania szczegółowe. Obawy budzi rola przewodnia państwowego Polskiego Funduszu Rozwojowego, do którego wszyscy będą automatycznie zapisywani. Dopiero po dwóch latach pojawi się możliwość wyboru innej instytucji zarządzającej oszczędnościami.

Pozostałe pomysły rządu dotyczące wzrostu oszczędności i inwestycji, nawet jeżeli same w sobie dobre, to często stoją w sprzeczności z dotychczasowymi działaniami. Jest to dobrze widoczne w przypadku propozycji obniżenia podatku Belki na oszczędności długoterminowe. Dzisiaj średnia stopa procentowa, czyli cena kredytu płacona przez przedsiębiorstwa, to 3,41 proc. Proponowane obniżenie podatku Belki oznaczałoby, że banki mogłyby o ok. 0,1 pkt proc. mniej płacić posiadaczom depozytów i o tyle taniej udzielać kredytów przedsiębiorstwom chcącym inwestować. Kierunek jest właściwy, ale warto w tym miejscu przypomnieć, że ten sam rząd niecałe pół roku temu wprowadził podatek bankowy (a tak naprawdę od kredytów) zwiększający koszty kredytów o 0,44 pkt proc. Innymi słowy heroicznie walczy z problemami przez siebie samego stworzonymi.

W końcu nie można nie dostrzec sprzeczności między troską rządu o wysokość przyszłych emerytur i wielkością oszczędności w gospodarce narodowej a pomysłem obniżenia wieku emerytalnego. To wprost krótszy okres opłacania składek (w przypadku pań może to być w praktyce tylko 30–35 lat) i dłuższy okres pobierania emerytur (w przypadku kobiet może to być nawet 20–25 lat). Nie potrzeba skomplikowanych modeli, by zauważyć, że odprowadzając składki na emeryturę przez 35 lat, trudno będzie zebrać dość środków, by było z czego wypłacać cokolwiek więcej niż głodowe świadczenia przez następne ćwierćwiecze. Podobnie w skali makro – nie potrzeba skomplikowanych modeli, by zauważyć, że jeśli będzie mniej osób pracujących i płacących podatki, a więcej żyjących ze świadczeń, to gospodarka będzie wolniej się rozwijała.

Reasumując – rządowy pomysł nacjonalizacji 25 proc. oszczędności emerytalnych Polaków ma się nijak do hasła budowania kapitału. Sam fakt, że rząd mógł zaproponować znacznie gorsze rozwiązania – nacjonalizacja 100 proc. oszczędności emerytalnych Polaków – zdecydowanie nie uprawnia do stwierdzenia, że projekt jest dobry; co najwyżej można go uznać za mniejsze zło. Jednocześnie rosnący deficyt sektora finansów publicznych nijak ma się do zapowiadanego hasła podnoszenia oszczędności w gospodarce narodowej.