Przed reformą emerytalną PO ustawowy wiek emerytalny wynosił 65 lat dla mężczyzn i 60 dla kobiet. Na nowych zasadach może być jeszcze niższy. Można sobie bowiem wyobrazić przypadki osób, które ukończyły zawodówkę i zaczęły pracę w wieku 18 lat, pracując nieprzerwanie. W takiej sytuacji mogłyby przejść na emeryturę aż 9 lat wcześniej niż pozwala aktualna ustawa „67”.

W opinii prezydenta Komorowskiego docelowo staż pracy ma wynosić 45 lat, ale ma być wydłużany stopniowo. Już widać, że to rozwiązanie raczej dla osób, które teraz są w wieku przedemerytalnym, karierę zawodową zaczynały w PRL i kontynuowały ją nieprzerwanie w III RP. Jak wynika z danych ZUS, 25 proc. emerytów ma 40-letni lub dłuższy staż pracy. W przypadku nowo przyznanych emerytur to niemal 28 proc. To, czy faktycznie tyle osób mogłoby z tego rozwiązania korzystać, będzie zależało od szczegółów, np. tego, co będzie zaliczane do stażu pracy. Co ciekawe, to propozycja, z której raczej nie skorzystają osoby, które pracę zaczęły po wprowadzeniu reformy emerytalnej. W ich przypadku płacenie składki zaczyna się dopiero w okolicach 25. roku życia lub później.

To propozycja motywowana politycznie, bo Kancelaria Prezydenta zaczęła szykować takie rozwiązanie po tym, jak Andrzej Duda rzucił w kampanii hasło powrotu do starych zasad. – To nie odwracanie reformy, a nadanie jej bardziej ludzkiej twarzy – zapewniała wczoraj odpowiedzialna za politykę społeczną w Kancelarii Prezydenta minister Irena Wóycicka.

Ale w praktyce to krok w tył w rozwiązaniach emerytalnych, do których Komorowski sam namawiał rząd na początku kadencji. – Najgorsza rzecz, że to daje iluzję, że ludzie nie będą pracować dłużej, podczas gdy będą. Politycy nie są w stanie tego zmienić. Podzielimy się na dwie grupy: tych, którzy mają świadomość konieczności dłuższej pracy i się do tego przygotują, oraz tych, którzy uwierzą, że nie muszą, a potem zderzą się ze ścianą – podkreśla prof. Marek Rocki, autor reformy emerytalnej. Choć było wiadomo, że kancelaria pracuje nad takimi rozwiązaniami, to zgłoszenie projektu ustawy na finiszu kampanii zaskoczyło także wielu polityków PO. – Skoro już dokonaliśmy wydłużenia wieku i zapłaciliśmy za to polityczną cenę, po co wracać do tego tematu? – mówi osoba z PO.

Mniejsze emerytury

Jeśli propozycja Komorowskiego wejdzie w życie, będzie miała dwa skutki. Po pierwsze ci, którzy z niej skorzystają, dostaną mniejsze świadczenia. To wynika z samej zasady wyliczania emerytur. Zaoszczędzona suma jest dzielona przez średnie dalsze trwanie życia. Dziś w przypadku 60-latka to 261,4 miesiąca, czyli niemal 22 lata. W przypadku osoby, która ma 65,5 lat (tyle obecnie wynosi wiek emerytalny dla mężczyzn), to 214 miesięcy, czyli niepełne 18 lat. Założyliśmy, że ubezpieczony ma odpowiedni staż, na jego koncie w ZUS jest 400 tys. zł i zdecydował się w wieku 60 lat przejść na emeryturę. W takim przypadku świadczenie wyniosłoby ok. 1530 zł. Gdyby zdecydował się na dalszą pracę i zarabiał 2,5 tys. zł brutto do emerytury, na którą przeszedłby w wieku 65,5 lat, jego świadczenie byłoby o połowę wyższe i wyniosłoby 2,4 tys. zł. Najmniejszy wpływ na tę różnicę ma to, ile sam odłożył w trakcie pracy, większy – coroczna waloryzacja składki odłożonej w ZUS i jej podzielenie na krótszy okres trwania życia.

Budżet zapłaci

Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole i członek Rady Gospodarczej przy Premierze, zwraca uwagę, że umożliwienie przechodzenia na emeryturę po 40 latach pracy będzie kosztowne dla systemu finansów publicznych, choć nie sposób w tej chwili określić jak bardzo. Zresztą, pytana wczoraj o koszty prezydencka minister Irena Wóycicka też nie była w stanie ich podać, podobnie jak liczby osób, które potencjalnie mogłyby skorzystać z nowego prawa.

– To jednak będzie kosztowne, może nie aż tak, jak całkowite cofnięcie podniesienia wieku emerytalnego i powrót do 65 lat, ale z pewnością będzie to czynnik, który w następnych latach będzie zwiększał deficyt finansów publicznych – ocenia Jakub Borowski.

Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium, uważa, że przedstawiając propozycję 40-letniego okresu składkowego uprawniającego do przejścia na emeryturę, prezydent podważył argumenty przedstawiane przez rząd PO–PSL przy okazji zrównania i podniesienia wieku emerytalnego. Głównym były niekorzystne zmiany demograficzne, czyli spadek liczby osób w wieku produkcyjnym w następnych latach oraz coraz większa rzesza ludzi w wieku emerytalnym. Rząd twierdził, że w systemie, w którym pracujący składają się na wypłaty bieżących świadczeń, przy takim układzie obciążenie finansów publicznych byłoby nie do udźwignięcia. – Takie rozwiązania prowadzą do rozwadniania reformy. Okazuje się, że wcześniejsze uzasadnienie dla zmiany wieku emerytalnego nie jest takie mocne i możemy sobie pozwolić na coś, co osłabi skutki tamtej zmiany – mówi Maliszewski.

Według niego zarówno ostatnia propozycja prezydenta w sprawie emerytur, jak i wcześniej zgłaszane możliwe zmiany w finansach publicznych (np. podwyżki w budżetówce, szybsza obniżka VAT czy zmiany w kwocie wolnej w PIT lub w kosztach uzyskania przychodu) mogą doprowadzić do tego, że niebawem Polska znów zostanie objęta procedurą nadmiernego deficytu. Ekonomista zwraca uwagę, że ostatnia rekomendacja Komisji Europejskiej, żeby tę procedurę zdjąć, wywołała zbyt duży entuzjazm wśród polityków. Podobnego zdania jest Jakub Borowski. Jego zdaniem takie pomysły jak prezydencka propozycja „40 lat okresu składkowego” wyraźnie zmniejszają szanse na lepsze oceny agencji ratingowych, o co Ministerstwo Finansów zabiegało od dłuższego czasu.