Z informacji, które Dziennik Gazeta Prawna otrzymał od szkół wyższych, wynika, że od nowego roku akademickiego nie przewidują one masowych powrotów studentów do sal wykładowych. Uczelnie przygotowują właśnie scenariusze swojego funkcjonowania na kolejny semestr 2020/2021. Ze względu na ich autonomię ostateczna decyzja dotycząca ich organizacji w granicach obowiązującego prawa do rektorów.

Preferowany model mieszany

Szkoła Główna Handlowa ogłosiła właśnie, że w najbliższym semestrze zajęcia dydaktyczne ze studentami, doktorantami i słuchaczami studiów podyplomowych będą odbywać się zdalnie.

Inaczej ma być z kolei na Uniwersytecie w Białymstoku, gdzie władze na razie nastawiają się na tradycyjny tryb kształcenia w nowym roku akademickim, ale z zastrzeżeniem, że jeśli sytuacja epidemiczna będzie tego wymagała, niektóre zajęcia (zwłaszcza wykłady dla dużych grup) będą realizowane w formie zdalnej.

– Jednak konkretne decyzje w tym zakresie zostaną podjęte na początku września. Wszystko będzie zależało od rozwoju epidemii – mówi Katarzyna Dziedzik, rzecznik prasowy Uniwersytetu w Białymstoku.

Najwięcej szkół wyższych planuje jednak model mieszany.

Tak prawdopodobnie będzie np. na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Chociaż rozważanych jest kilka opcji.

– Z uwagi na aktualną sytuację epidemiologiczną podjęto decyzję, że kształcenie prowadzone będzie, w odniesieniu do poszczególnych wydziałów, w ramach jednej z trzech form – tłumaczy Adrian Ochalik, rzecznik prasowy UJ.

Chodzi o kształcenie stacjonarne z elementami kształcenia zdalnego. W tym modelu studenci uczestniczą w zajęciach w siedzibie uczelni przez cały semestr i co najmniej 25 proc. godzin zajęć dydaktycznych odbywa się stacjonarnie. Możliwe jest też kształcenie zdalne z elementami kształcenia stacjonarnego. W tym przypadku organizacja zajęć nie wymusza uczestnictwa wszystkich studentów na zajęciach w siedzibie uczelni przez cały semestr. Pod uwagę brany jest również wariant tylko kształcenia zdalnego.

– Szczegółowy sposób prowadzenia poszczególnych zajęć w ramach kierunków studiów ustali dziekan wydziału, uwzględniając aktualne zalecenia sanitarne, bezpieczeństwo nauczycieli akademickich i studentów, i poda do wiadomości najpóźniej na 2 tygodnie przed rozpoczęciem roku akademickiego – wyjaśnia rzecznik uczelni.

Na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie wstępnie zakłada się realizację zajęć w formie blending learning (hybrydowej).

– Ma ona łączyć nauczanie w formie tradycyjnej, które będzie możliwe, o ile sytuacja epidemiologiczna na to pozwoli (m.in w budynkach uczelni z obowiązkiem zachowania wszelkich zasad reżimu sanitarnego wynikających z wytycznych GIS), a także nauczanie zdalne z wykorzystaniem platform i narzędzi cyfrowych. Ostateczne decyzje w tej sprawie jeszcze jednak nie zapadły – informuje Magdalena Drwal z biura prasowego UMCS w Lublinie.

Decyzje zapadły już natomiast na Uniwersytecie Opolskim.

– W semestrze zimowym wprowadzone zostanie nauczanie zdalne z elementami, gdzie to niezbędne, stacjonarnego (np. laboratoria na medycynie czy chemii). W konsekwencji wszystkie wykłady i niektóre ćwiczenia będą odbywać się online – mówi prof. Piotr Stec z Uniwersytetu Opolskiego.

Uczelnie też z problemami

Profesor Stec zaznacza, że szkoły wyższe szybciej przystosowały się do zdalnej nauki niż np. szkoły podstawowe, gdyż naukowcy w swojej dotychczasowej pracy od dawna używają elektronicznych narzędzi komunikacji.

– Praca z ludźmi na całym świecie wymusiła na nas taką formę kontaktu – wskazuje.

Zwraca jednocześnie uwagę, że pomimo iż od strony logistycznej uczelnie nie powinny mieć kłopotów z wdrażaniem hybrydowego modelu nauczania, to nie oznacza to, że nie odczują negatywnych konsekwencji zmian wymuszonych epidemią koronawirusa.

– Pomimo że studenci są często lepiej od wykładowców zaznajomieni z nowymi technologiami i generalnie pozytywnie oceniają dotychczas przeprowadzone w ciągu ostatnich miesięcy zajęcia w formie zdalnej, to jednak uniwersytet w takim kształcie nie jest pozbawiony wad – mówi profesor.

Wskazuje, że w takim modelu na pewno ucierpi praca w grupie i bezpośrednie kontakty z innymi studentami czy wykładowcami.

– Nie mówiąc o typach studiów, które w ogóle trudno prowadzić zdalnie, np. studia artystyczne czy muzyczne – dodaje.

Do tego dochodzą tak prozaiczne kwestie jak prędkość i jakość łącza internetowego, która w wielu miejscach może nie pozwalać na uczestnictwo w zdalnych zajęciach.

– Tym bardziej że już bywały z tym problemy nawet w większych miastach, gdzie w czasie gdy odbywały się lekcje online, trudno było w ogóle korzystać z internetu – podkreśla.

Zwraca też uwagę, że nie każdy ma warunki lokalowe i sprzęt, w szczególności gdy ma dzieci, które uczą się zdalnie.

Uczelnie próbują rozwiązywać te problemy. Przykładowo SGH planuje wypożyczać studentom i doktorantom sprzęt komputerowy pozwalający na udział w zdalnych zajęciach. Pierwszeństwo mają mieć osoby, którym przyznano stypendium socjalne. Natomiast pracownikom ma dodatkowo umożliwiać dostęp do odpowiednio wyposażonych sal dydaktycznych do prowadzenia zajęć w formie online.

Profesor Stec zwraca uwagę na jeszcze inny problem. – Na studia przyjeżdżają ludzie z różnych miejsc i w tym celu uczelnie stworzyły całą infrastrukturę, m.in. akademiki, stołówki, bary. Teraz te miejsca stoją puste i szkoły wyższe będą musiały pokrywać koszty z nimi związane. Niestety tarcza antykryzysowa tego nie reguluje.