Rok 2025 był dla mnie rokiem pogłębiającego się rozdźwięku pomiędzy opinią społeczną a opinią ludzi, których praca wymaga od nich, żeby prognozowali przyszłość, bo są odpowiedzialni za jakiś fragment rzeczywistości w swoich przedsiębiorstwach. Według Eurobarometru przekonanie, że zmiana klimatu czy kryzys ekologiczny to coś, czym należy się przejmować, systematycznie spada. Jednocześnie mamy naukowców, którzy są coraz bardziej przejęci, a chwilami bezradni, bo uważają, że publika jest nieprzygotowana na wnioski z analizy danych dotyczących zmiany klimatu. A wraz z nimi środowisko globalnych liderów z biznesu, polityki, organizacji międzynarodowych. Przykładem jest ankieta przeprowadzona wśród uczestników Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Po pierwsze, ocenili oni, że w bliskiej przyszłości ryzyko wystąpienia globalnych kryzysów będzie zdecydowanie rosnąć. Po drugie, na szczycie listy prawdopodobnych i dotkliwych zagrożeń w perspektywie dziesięciu lat pojawiły się aż cztery ryzyka środowiskowe (ekstremalne zdarzenia pogodowe, załamanie ekosystemów, zmiana klimatu, niedobory surowców naturalnych). Czyli w ocenie uczestników forum w Davos będą ważniejsze niż zagrożenia ekonomiczne, geopolityczne, społeczne, technologiczne.
To, że przynajmniej w środowisku biznesowym przestaliśmy postrzegać zmianę klimatu jako pełzające ryzyko, które ewentualnie dotknie nasze wnuki lub prawnuki, w związku z czym nie bardzo musimy się tym przejmować, prowadząc bieżącą działalność. Ostatnie lata to duże przyspieszenie zmiany klimatu, czemu nie towarzyszy jednak równie szybka zmiana ogólnej świadomości społecznej. Sprzyja temu kolejny widoczny mocno w mijającym roku trend, czyli coraz większe nasilenie dezinformacji, inaczej mówiąc treści, których zadaniem jest sianie zamętu w głowach.
Wzmacnia się narracja bardzo podobna do tej, którą starały się budować kilka dekad temu koncerny tytoniowe. Egzotyką jest już raczej zaprzeczanie istnieniu zmiany klimatu, bo ta coraz częściej jest widoczna gołym okiem, jednak budowanie dezinformacji wokół tego, że nie wiemy wszystkiego na temat jej przyczyn, a już szczególnie skutków, jest powszechne. Skoro nie wiemy wszystkiego, to racjonalne jest zachowanie ostrożności wobec nowych prób ograniczenia emisji, czy czasami dotkliwych polityk itp. Zasiana wątpliwość pęcznieje, uzasadnia niepodejmowanie pochopnych ruchów, skąd prosta droga do racjonalizowania, nierobienia niczego, czy też robienia tego, co zwykle. Odsuwanie w czasie działań pracuje tymczasem na naszą niekorzyść, bo „to co zwykle” doprowadziło nas do momentu, w którym jesteśmy.
To subiektywne odczucie, jakoś naturalne, w sumie trudno mu się dziwić. W naszej szerokości geograficznej zima wiązała się z tym, że nie da się odpalić auta, trzeba więcej zapłacić za ogrzewanie, odśnieżać każdego ranka i tak dalej. Lżejsze zimy nas więc nie martwią, bo też trudno dostrzec nam, co z nich wynika, w tym na przykład deficyt wody wiosną czy zmiany w ekosystemach. Natomiast tacy sami ludzie jak my, ale mieszkający na południu Europy, podobną zmianę postrzegają już inaczej. Takie badania porównawcze prowadziliśmy w Niemczech, Danii i Polsce - to były te kraje północne, a także Francji, Hiszpanii i Włoszech - czyli na południu Europy. Na południu wskaźniki niepokoju związanego ze zmianą klimatu były większe, bo tam wyższa temperatura kojarzy się nie z zimą, która jest łagodniejsza, tylko z latem, które coraz częściej jest nie do wytrzymania. Dodam tylko jeszcze, że na podobnej szerokości geograficznej co my mieszka ok. 10 proc. ludności. Nasz brak niepokoju wyższą temperaturą nie jest więc powszechnie podzielany.
To nie jest tak, że skoro jest nam lepiej, kiedy mamy ciepło w grudniu, to ogólnie będzie nam dobrze, bo zmiana klimatu nie oznacza prostego wzrostu temperatur, ale rozchwianie całego systemu. I nie mówię tylko o systemie klimatycznym, ale o niepewności w wielu wymiarach: politycznym, gospodarczym, finansowym, społecznym. To wszystko jest ze sobą połączone, dlatego mówienie o samej zmianie klimatu jest mówieniem o jakimś wycinku rzeczywistości bez powiązania go z resztą zagadnień, które nas dotykają. O ile jakoś jesteśmy w stanie połączyć sobie ciepły grudzień z takimi zagadnieniami jak turystyka w górach czy może nawet odporność infrastruktury na ekstrema pogodowe, które przecież ze zmianą klimatu się wiążą, to już znacznie trudniej jest nam połączyć ją na przykład z cenami energii, nieruchomości, cenami ubezpieczeń, inwestycjami w infrastrukturę energetyczną itp.
Uniknięte emisje dają nam więcej czasu, którego dziś nie mamy. Łatwo jest powiedzieć, że nasze cięcia emisji są kosztowne, a jednocześnie są kroplą w morzu globalnych potrzeb i w związku z tym nie powinniśmy inwestować w cięcia, tylko do zmiany się przystosować. Ale to bałamutne rozumowanie, bo to, że różnica między dwoma scenariuszami wynosi te 10 proc., nie oznacza, że tak samo groźniejsze będą skutki. Jeśli na serio zaczniemy się przystosowywać do zmiany klimatu, to szybko odkryjemy, że każde ograniczenie tego zjawiska daje nam oszczędności w porównaniu z kosztem adaptacji.
Zniesienie zakazu produkcji silników spalinowych po tej dacie często jest przedstawiane jako przełom, ale umówmy się, że zamiana celu ograniczenia emisji o 100 proc. na ograniczenie o 90 proc. nie oznacza przewrotu kopernikańskiego w polityce klimatycznej, a pozwala złagodzić koszt polityczny. To ustępstwo o jeden krok. Mamy taką politykę klimatyczną, jakie mamy społeczeństwo. Politycy nie mogą ignorować postaw społecznych i też czytają badania opinii, ignorowanie ich oznaczałoby dla nich zawodowe samobójstwo, puste miejsce zajęliby populiści.
Generalnie polityka, która jest realizowana, jest pochodną tego, co politycy myślą, że myślą ich wyborcy.
To nie jest albo-albo. Potrzebujemy kolektywnego zrozumienia problemu, a potem narzędzi, które dają nam największą szansę by go rozwiązać. To oczywiście jest bardzo trudne, bo to, co trafia do ludzi, jest mieszanką prawd, półprawd i manipulacji, więc trudno się dziwić, że tracą orientację. A kiedy jej nie mają, trudno też podjąć decyzje. W Europie widać dziś, że kierunek jest taki, by mniej mówić o polityce klimatycznej, więcej o konkurencyjności gospodarki poprzez transformację. Z jednej strony to odbicie postaw społecznych i błędów komunikacyjnych przy wdrażaniu Zielonego Ładu, a z drugiej racjonalna kalkulacja, że nie ma od tego odwrotu. Te inicjatywy europejskie są przygotowane przez ekspertów i w wielu przypadkach mają sens, ale komunikacyjnie są przygotowane bardzo słabo. Co to w ogóle znaczy Fitfor55? Znam niewiele osób, które by to wiedziały, intuicyjnie czujemy, że mamy się przygotować na coś, co nastąpi w 2055 roku. A rozwiązanie tej zagadki jest takie, że chodzi o redukcję emisji o 55 proc. do 2030 wobec bazy z 1990 roku. No litości! Co to jest za nazwa? Jak się z tym utożsamić? Kto w ogóle o tym pamięta?
W Europie wydaje się nam ponadto, że jesteśmy ekologiczną awangardą w polityce, a nasze wysiłki są zdecydowanie najwyższe.
Panuje taka narracja, że nasz lokalny dobrobyt mamy teraz złożyć na ołtarzu rozwiązywania globalnych problemów, których nie odczuwamy. Ale to nie jest prawda. Rzeczywistość się zmienia, nawet ten udział sprzedaży samochodów elektrycznych w Europie jest niższy niż poza UE. Trzymanie się paliw kopalnych byłoby droższe, bo droższa byłaby każda kolejna jednostka, która byłaby nam potrzebna, by zwiększyć ich zużycie, podczas gdy odwrotny trend można zaobserwować przy OZE przy efekcie skali. W Europie krytykowany jest ETS, ale dziś to Chiny są największym rynkiem handlu uprawnieniami do emisji. To wszystko tworzy nasze otoczenie biznesu, realia, w których ono funkcjonuje.
Opłaca się, tylko musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, jak to policzyć.
Dobrym przykładem są nieruchomości. Jeśli porównam koszt budowy domu tradycyjnego i zeroemisyjnego, to opłaca mi się ten pierwszy, jednak jeśli uwzględnię koszt eksploatacji budynku przez kolejnych 20 czy 25 lat, ten rachunek nie wygląda już tak samo, zwłaszcza jeśli zyskuję większy komfort użytkowania, bo na przykład nie ucieka mi ciepło, nie muszę palić w piecu, nie jest mi gorąco w trakcie upału, a na dodatek jestem bardziej odporny na zmianę cen energii, bo potrzebuję jej mniej. Wychodzi więc na to, że nie opłaca się budować w sprzeczności z rzeczywistością klimatyczną. W przypadku wielu inwestycji po prostu nie uwzględniamy kosztów ekologicznych, bo starą prawdą jest to, że zyski są prywatyzowane, a koszty środowiskowe uspołeczniane i tak robiliśmy od zawsze.
To rzeczywiście jest trudniejsze, choć takie próby są podejmowane. Myślę jednak, że kluczowym problemem nie jest, jak to liczyć, tylko co zrobić, żeby środowisko czy klimat nie były rozważane osobno od zagadnień gospodarczych. Żebyśmy w końcu sobie uświadomili, że środowisko jest podstawą gospodarki. To jest przestrzeń, w której i dzięki której ona w ogóle funkcjonuje.
Na planecie o określonych rozmiarach i o ograniczonych zasobach nie da się przecież nieustannie mieć wzrostu gospodarczego. To jest dość oczywiste.
Problem polega na tym, że nie wiemy dokładnie, kiedy te granice wzrostu przekraczamy i co wtedy dokładnie nastąpi. Lubimy planować w krótszej, a nie dłuższej perspektywie, bezpieczniej czujemy się wtedy, gdy robimy coś tak, jak zwykle to robiliśmy, a przy ważnych decyzjach czy dużych inwestycjach generalnie mamy skłonność do unikania ryzyka. Dlatego warto dawać ludziom szansę na to, by sami mogli się przekonać, że można inaczej. Żeby przeprowadzić transformację, mamy technologie i dobre przykłady. Bariera jest często mentalna.
To prawda, ale tym się one różnią od paliw kopalnych, że można je odzyskiwać. Jeśli uznamy, że istotą transformacji jest zamiana wydobycia paliw kopalnych na wydobycie określonych metali, to szybko dojdziemy do wniosku, że tempo wzrostu ich wydobycia powinno być na takim poziomie jak w pierwszych dekadach po II wojnie światowej, kiedy światowa gospodarka rosła najszybciej. Oczywiście to jest niewykonalne z uwagi na ograniczenia geofizyczne i ekonomiczne. Nie da się podwajać wielkości gospodarki co 20 czy 30 lat, bo niezależnie od tego, czy wydobywamy paliwa kopalne, czy metale, zasobów nam w końcu zabraknie. Ratunkiem, w którym szukamy nadziei, jest więc ponowne wykorzystanie wydobytych surowców, planowanie produkcji razem z całym cyklem życia produktu oraz rozwijanie technologii i zwiększanie wydajności. To dobrze widać na przykładzie ewolucji wykorzystania surowców w produkcji baterii do samochodów elektrycznych, stajemy się w tym coraz lepsi.
Dobrze, pułapka efektywności rzeczywiście istnieje. Wiem, że mogę być w awangardzie i spotkać się z krytyką, ale jeszcze raz: nie możemy traktować jako tabu tego, że niekończony wzrost bazujący na skończonych zasobach jest niemożliwy. Kiedy trwał Mundial 2022 w Katarze, populacja osiągnęła 8 mld i ta informacja jakoś przeszła bez echa. Kolejny miliard przybył w ciągu kilkunastu lat, ludzie konsumują więcej niż 50 czy 100 lat temu, a w tym czasie planeta jakoś nie urosła ani o centymetr. To jest prosta rzecz, którą da się wytłumaczyć dziecku, że to nie może trwać wiecznie.
Nordhaus pokazywał, dlaczego nie opłaca nam się ograniczać zmiany klimatu. Twierdził, że jak zintensyfikujemy rozwój gospodarczy, to w przyszłości będziemy bogatsi i łatwiej będzie nam ponieść koszty transformacji. To wybitny ekonomista, laureat nagrody Nobla, który podjął próbę integracji wiedzy ekonomicznej, przyrodniczej i klimatycznej.
Jednak model, który zastosował, zawiera wiele uproszczeń, a wniosek, do którego dotarł, jest granicą, która zdaniem naukowców zajmujących się tematem klimatu, czyli fizyków czy biologów, oznacza ocieplenie na poziomie, w którym mamy do czynienia z niekontrolowanymi, niemożliwymi już do zatrzymania zmianami, które zagrażają życiu na planecie, takim jakim je znamy i to w sensie biologicznym.
Ekonomiści są bardzo różni, już w latach 70-tych mieliśmy ideę gospodarki w stanie stacjonarnym, czyli takiej, gdzie stabilizujemy przepływ surowców i energii, ale staramy się szukać efektywności. Mieliśmy też ekonomistów skupionych wokół Klubu Rzymskiego, którzy starali się określić granice wzrostu, nawet w klasycznej ekonomii pojawiały się podobne idee. John Stuart Mill przecież zauważył, że byłoby źle zatrzymać się na ścieżce wzrostu gospodarczego dopiero wtedy, gdy zmusi nas do tego rzeczywistość, a nie kiedy sami za pomocą rozsądku zauważymy, że to co nas otacza zamieniamy na przyrost niekoniecznie szczęśliwszej populacji. Rozumiem, dlaczego Nordhaus jest tak często przywoływany, uważamy po prostu za słuszne to, czego pragniemy.
W ekonomii nie brakuje nam metod, ani języka opisu. Brakuje myślenia systemowego, myślenia o zależnościach bardziej skomplikowanych niż te oczywiste. Nie chodzi o to, że jeśli A rośnie to B rośnie lub spada, w ten sposób nikomu nie wytłumaczymy stopnia, w jakim przeciążamy planetę. Jeśli już przywołujemy Nordhausa, to warto tu dodać, że fizycy i biolodzy, czyli ludzie, dla których świat nauki zakłada mozaikę zależności i sprzężeń zwrotnych wysoce skomplikowanych, mogą się tylko zadziwić, jak za pomocą tak prostego wzoru, jak proponuje Nordhaus, można próbować opisać złożoność świata. To wobec tej złożoności musimy wykazać jakąś pokorę. I to we własnym interesie, a to ostatecznie kategoria ekonomiczna.