Samorządy muszą się uporać z dostosowaniem szkół do nowej reformy oświatowej, która zakłada likwidację gimnazjów. W projekcie ustawy wprowadzającej prawo oświatowe znalazło się jednak wiele przepisów przejściowych, które zwiększają uprawnienia nauczycieli wynikające z Karty nauczyciela. Dla samorządów będą one generować dodatkowe koszty.

Więcej stanu nieczynnego

W okresie wygaszania gimnazjów nauczyciele kontraktowi zatrudnieni na czas nieokreślony będą mogli przejść w stan nieczynny (obecnie takie prawo przysługuje nauczycielom mianowanym i dyplomowanym). Przy czym z tego rozwiązania skorzystają tylko osoby, których wiedza i kompetencje nie będą przydatne w innych placówkach oświatowych. Dzięki przejściu w stan nieczynny będą mogli oni nie tylko pobierać przez pół roku pensję zasadniczą, lecz także będą mieli pierwszeństwo zatrudnienia przy pojawieniu się wakatu. Przy czym jeśli nauczyciel kontraktowy nie wyrazi zgody na przejście w stan nieczynny, będzie mógł liczyć na odprawę, która w zależności od stażu pracy maksymalnie może wynieść równowartość trzech pensji. – Logiczne jest, że zwalniani nauczyciele kontraktowi będą się zgadzali na przejście w stan nieczynny, bo im się to bardziej opłaci. My jednak będziemy się domagać, aby stan nieczynny trwał w okresie przejściowym 12 miesięcy, bo przecież w lutym żadnych ofert pracy nie ma, mogą pojawić się ewentualnie w nowym roku szkolnym – mówi Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Branży Nauki, Oświaty i Kultury Forum Związków Zawodowych.

Podkreśla, że jego organizacja będzie się też domagać od rządu programu dobrowolnych odejść. Związkowcy chcieliby, aby nauczyciele, którzy sami zrezygnują z pracy, mogli liczyć na rekompensatę w wysokości pięcioletnich zarobków.

Brak średniej

Natomiast samorządy są oburzone propozycją rządu. – Każdemu nauczycielowi kontraktowemu, który skorzysta ze stanu nieczynnego, będziemy musieli wypłacić blisko 14 tys. zł z własnego budżetu – stwierdza Marek Olszewski, przewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP. – Są to ukryte koszty reformy, których rząd nie bierze pod uwagę – dodaje.

Koszty stanu nieczynnego dla nauczycieli to niejedyny kłopot dla samorządów. Przepisy przejściowe umożliwiają także zatrudnienie w gimnazjum pedagogów na mniej niż pół etatu, podczas gdy do tej pory samorządy unikały jak ognia zatrudniania w szkołach nauczycieli na części etatu. Co więcej, sugerowały szefom placówek oświatowych, aby zatrudniali pedagogów wręcz na 1,5 etatu. Powód? Wtedy nie ma problemów z zapewnieniem średniej rocznej płacy wynikającej z art. 30 KN. Jeśli nauczyciele nie osiągną wystarczających zarobków, wówczas gmina musi wypłacić do końca stycznia dodatek uzupełniający, tzw. czternastą pensję.

– Wszystko na to wskazuje, że w kolejnych latach na wyrównania dla nauczycieli trzeba będzie wydać jeszcze więcej pieniędzy niż obecnie – zauważa Marek Olszewski.

I przypomina, że co roku na ten cel samorządowcy już przeznaczają około 250 mln zł.

Co więcej, cząstka etatu nie uniemożliwi starań się o kolejny stopień awansu, którego zdobycie wiąże się z podwyższeniem wynagrodzenia.

– Po zmianach możemy sobie wyobrazić taką sytuację, że nauczyciel będzie zatrudniony na jedną lub dwie godziny tygodniowo. I tak niewielka praktyka zawodowa również będzie go upoważniała do awansowania – krytykuje Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.

Ostatnim gestem resortu edukacji w kierunku nauczycieli gimnazjum jest możliwość skorzystania z urlopu dla poratowania zdrowia do 31 sierpnia 2019 r., czyli do ostatecznego wygaszenia tych placówek.

– Jeśli okaże się, że taki nauczyciel nie znajdzie zatrudnienia w szkole podstawowej, to i tak na pożegnanie musimy mu zafundować urlop zdrowotny, który jest udzielany przecież w celu poprawy zdrowia pedagoga, a następnie powrotu do pracy z uczniami – mówi Marek Olszewski. I dodaje, że za to świadczenie również płacą samorządy, a to absurd.

Polecany produkt: Karta Nauczyciela >>