Rząd powinien jak najszybciej określić minima, które powinna spełniać szkoła – wynika z najnowszego raportu kontroli NIK, do którego dotarł DGP.
Finansowanie oświaty jest co prawda stabilne, ale w żaden sposób nie odnosi się do tego, ile naprawdę kosztuje edukacja – wynika z kontroli NIK „Wykonywanie wybranych zadań oświatowych przez jednostki samorządu terytorialnego” (P/14/027). Objęła ona 30 urzędów gmin i prowadzone przez nie 93 szkoły. Celem było sprawdzenie, jak jednostki samorządu terytorialnego radzą sobie z zadaniami oświatowymi.
Problematyczna subwencja
Model finansowania oświaty oparty na subwencji spowodował w ocenie NIK uzależnienie jej jakości od zamożności lokalnego samorządu. Przeciętnie około 30 proc. wydatków oświatowych samorządy pokrywają bowiem z własnych środków. Efekt? Ogromne zróżnicowanie w oświacie na terenie kraju.
– Subwencja oświatowa naliczana jest przy pomocy narzędzi statystycznych, a my rozwiązujemy konkretne sytuacje. Np. kiedy w jakiejś klasie będzie mniej dzieci, koszt jej utrzymania wzrasta. Tego algorytm nie uwzględnia – wyjaśnia DGP wiceburmistrz stołecznej dzielnicy Mokotów Krzysztof Skolimowski.
Wyniki kontroli NIK potwierdzają tę opinię. Jednostkowe koszty kształcenia w poszczególnych gminach były zróżnicowane i mieściły się w przedziale od 6,8 tys. zł do nawet 16,4 tys. zł. Wszystko zależy od wielkości miejscowości, liczby klas, liczby uczniów czy stopnia awansu zawodowego nauczycieli.
– Subwencja nie uwzględnia także fluktuacji demograficznej. Nie dostajemy żadnych środków na przetrwanie niżu demograficznego, a często nie możemy po prostu zamknąć szkoły, bo widzimy, że za kilka lat znów będzie potrzebna – dodaje Skolimowski.
Niestety, aż 40 proc. skontrolowanych gmin, podejmując decyzje dotyczące szkół, nie uwzględniało długofalowej strategii rozwoju oświaty. A to oznacza, że samorządowcy reagują jedynie na bieżące wyzwania, zamiast dopasowywać lokalny system oświatowy do potrzeb regionu.
Zaniepokojone gminy
Zdaniem NIK potrzebny jest standard, który określi minima, jakie powinna spełniać szkoła, między innymi: wyposażenie pracowni przedmiotowych, sali gimnastycznej, powierzchnia klasy przypadająca na ucznia czy dostęp do zajęć dodatkowych. Jego utworzenie kontrolerzy zalecali już w 2007 r. Dziś wszystkie skontrolowane gminy realizują zajęcia dodatkowe, ale to, jakie one są, zależy od zamożności samorządu – wskazuje rzeczniczka NIK Dominika Tarczyńska.
ikona lupy />
Uczniów ubywa a pieniędzy jest coraz więcej / Dziennik Gazeta Prawna
Najczęściej szkoły ograniczają się do kółek przedmiotowych. Przy czym obecnie są one organizowane przez nauczycieli w ramach godzin karcianych, czyli lekcji, które nauczyciel poza 18-godzinnym pensum musi poświęcić na pracę z uczniami (z wyliczeń byłej minister edukacji w rządzie PO, Joanny Kluzik-Rostkowskiej wynika, że karcianki zapewniały 53 mln godzin dodatkowych zajęć rocznie).
MEN szykuje zmiany, które mogą znacząco wpłynąć na dostęp do tych zajęć. Rząd przyjął w ubiegłym tygodniu projekt nowelizacji ustawy z 26 stycznia 1982 r. – Karta nauczyciela. Znosi on obowiązek prowadzenia przez nauczyciela godzin karcianych. I choć projektowana nowelizacja przewiduje, że dyrektor będzie mógł zlecać nauczycielowi „inne zajęcia i czynności wynikające z zadań statutowych szkoły, w tym zajęcia opiekuńcze i wychowawcze uwzględniające potrzeby i zainteresowania uczniów”, to zdaniem samorządów liczba zajęć dodatkowych zacznie spadać. Sytuacji bynajmniej nie zmieni stanowisko Biura Analiz Sejmowych, które twierdzi, że po wejściu w życie nowych przepisów dyrektor szkoły „będzie nadal miał prawo przydzielić nauczycielowi pewną liczbę godzin ponad pensum, tyle tylko że nie będzie ograniczony obowiązującymi normami (1 lub 2 godziny tygodniowo, w zależności od typu szkoły, co wynika z obecnie obowiązującego art. 42 ust. 2 pkt 2 KN – red.)”. Powód? ZNP już się domaga, by nauczyciele mieli płacone za dodatkowe zajęcia.
Regionalne debaty
Kontrola NIK potwierdziła, że już teraz największy odsetek wydatków oświatowych gmin stanowią wynagrodzenia nauczycieli i pracowników administracyjnych. To ok. 72 proc. wydatków bieżących. Rozwiązanie tego problemu przedstawił Związek Nauczycielstwa Polskiego, który domaga się, by wynagrodzenia były finansowane nie – jak dziś – z subwencji oświatowej, ale z dotacji celowej budżetu państwa.
– Edukacja jest najważniejszą dziedziną życia społecznego i nie może być ona finansowana w zależności od tego, jak poszczególne samorządy radzą sobie z gospodarowaniem publicznym groszem – tłumaczy prezes ZNP Sławomir Broniarz.
Nauczyciele przedstawili już projekt nowelizacji ustawy z 7 września 1991 r. o systemie oświaty (t.j. Dz.U. z 2004 r. nr 256, poz. 2572 ze zm.). Mają teraz trzy miesiące, by zebrać pod nim 100 tys. podpisów. Chcą go złożyć jako obywatelski projekt ustawy.
MEN na razie sceptycznie podchodzi do pomysłu. Finansowanie oświaty to jednak jeden z priorytetowych dla resortu tematów.
– Od 2003 r. nikt nie rozmawiał z samorządowcami o subwencji – stwierdziła w rozmowie z DGP minister edukacji Anna Zalewska.
Temat finansowania ma być poruszony w czasie 16 regionalnych debat o oświacie, które MEN zamierza przeprowadzić do czerwca. Na ich podstawie ma zostać zaprojektowana reforma szkolnictwa.