„Książki naszych marzeń” to prowadzony przez resort edukacji program dofinansowania zakupów nowości do bibliotek szkolnych. Rząd przyznał na jego realizację 20 mln zł (uchwała nr 77/2015 Rady Ministrów z 26 maja 2015 r., Dz.U. z 2015 r. poz. 759). Ze wstępnych danych, które zgromadziło MEN, wynika jednak, że 5 mln zł z tej kwoty zostanie w kasie resortu. Do programu zgłosiło się 10 tys. z prawie 13 tys. uprawnionych do udziału w nim szkół.

Duże różnice widać między województwami. Rekordzistą jest Mazowsze – z 1,5 tys. szkół wnioski o pieniądze z programu wypełniło 87 proc. Łącznie może tam powędrować 2,1 mln zł. Na drugim końcu skali jest województwo pomorskie. W programie weźmie tam udział 68 proc. placówek. Podobnie w woj. lubuskim – zgłoszenia przesłało ok. 70 proc. szkół. Wnioskowały o 377 tys. zł.

W zależności od liczby uczniów szkoły mogły się ubiegać o 1000, 1300 lub 2170 zł dofinansowania. Warunkiem było wygospodarowanie przez organ prowadzący 20-procentowego wkładu własnego.

– Problemy mogły mieć te samorządy, które prowadzą dużą liczbę placówek. Jeśli w mieście jest ich 80, a większość z nich łapie się na najwyższą kwotę dofinansowania przeznaczoną dla dużych szkół, to samorząd musi wygospodarować 15 tys. zł na wkład własny – przypomina Grażyna Westerska z pomorskiego kuratorium oświaty. – Trzeba było także spełnić wiele wymagań określonych w rozporządzeniu. To też mogło być barierą – dodaje.

Wysyłając wniosek, szkoły zobowiązywały się między innymi do tego, że przeprowadzą co najmniej dwa wydarzenia promujące czytelnictwo, zorganizują spotkanie z rodzicami, na którym będą poruszone te kwestie, a także umożliwią uczniom korzystanie z biblioteki w czasie wolnym od zajęć szkolnych.

– Formalności było więcej. Szkoła musiała na przykład mieć opinię biblioteki pedagogicznej. Te często znajdują się kilkadziesiąt kilometrów od placówki, która składała wniosek, realnie nie mają więc z nią kontaktu – dodaje Juliusz Wasilewski, redaktor naczelny czasopisma „Biblioteka w Szkole”.

– Problemów czy wątpliwości nikt w czasie składania wniosków nam nie zgłaszał – zastrzega Joanna Dębek, rzeczniczka MEN.

Anna Wietrzyk ze śląskiego kuratorium oświaty przewiduje, że liczby mogą się jeszcze minimalnie zmienić.

– Do 7 sierpnia województwa mają czas na weryfikację wniosków. U nas jest już 1014 zgłoszeń, choć MEN podaje informacje o prawie dwustu mniej – podkreśla.

Pracownicy kuratorium nieustannie poprawiają wnioski złożone przez dyrektorów.

– Jest w nich dużo błędów. Staramy się je odsyłać z prośbą o poprawki – zaznacza.

Juliusz Wasilewski nie spodziewa się jednak dużych przesunięć.

– Z badań wynika, że ok. 5 proc. szkół w ogóle nie ma biblioteki. Te placówki siłą rzeczy nie przystąpiły do programu MEN. Do tego dochodzą szkoły, w których biblioteki w praktyce nie działają – zatrudniają bibliotekarza na kilka godzin w tygodniu, żeby spełnić formalne wymogi ministerstwa. Faktycznie w takich placówkach niewiele się dzieje – wyjaśnia Juliusz Wasilewski z „Biblioteki w Szkole”.

Bibliotekarze na internetowym forum tego czasopisma zwracają też uwagę na inne problemy. „Nasz organ prowadzący kazał załączać więcej dokumentów, niż wymagało MEN. Musiałam przygotować między innymi listę książek, które chcę kupić. Bez tego urzędnicy nie chcieli przyjąć wniosku” – napisała pracownica biblioteki.

Jak informuje MEN, niewykorzystane pieniądze zostaną w budżecie resortu. Program „Książki naszych marzeń” poprzedza Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa, który w latach 2016–2020 będą wspólnie realizować Ministerstwa Edukacji Narodowej oraz Kultury i Dziedzictwa Narodowego.