Jego idea jest prosta: „Elektryczny mnich to urządzenie, które ma zaoszczędzić człowiekowi pracy, tak jak zmywarka do naczyń lub magnetowid. Zmywarki załatwiają za niego nudne zmywanie, magnetowidy – nudne oglądanie telewizji, elektryczne mnichy zaś zastępują go w wierze z najróżniejsze rzeczy, uwalniając w ten sposób od prawdziwie uciążliwego obowiązku – wierzenia w to wszystko, w co świat każe wierzyć”.

Niby Douglas Adams pisał o innej cywilizacji, ja jednak mam przekonanie, że tak naprawdę pisał o Polsce. Weźmy choćby nasze uczelnie. Dawno temu dotknęła je plaga plagiatów. Ściągali studenci, ściągali naukowcy, proceder jest tak powszechny, że coś trzeba było zrobić. Wymyślono więc system antyplagiatowy. Ku uciesze decydentów wprowadzono obowiązek sprawdzania prac przed zakwalifikowaniem do obrony. Skutek? Program komputerowy, jak to program, że nie wychwytuje niuansów ani nie uznaje wyjątków, więc pracę magisterstką studentki prawa, która obszernie cytuje przepisy (wydawałoby się, rzecz naturalna i w takiej pracy niezbędna) uznaje za plagiat. Co ma zrobić studentka? Poprawić pracę, bo jak system nie przepuszcza, znaczy że obrony nie będzie.

Kiedyś zastanawiałbym się, kto jest autorem tak absurdalnych rozwiązań, dziś już wiem – elektryczny mnich. Zwolnił nas z obowiązku myślenia. Gdyby ktoś wcześniej pomyślał, wykoncypowałby, że lepszego sposobu ochrony przed plagiatem niż inteligentny promotor nie ma. Ale nie pomyślał, bo od myślenia to my mamy specjalne urządzenia.

W dalszej części opowieści Adams opisuje, jak w „elektrycznym mnichu powstała pewna usterka, wskutek której zaczął on wierzyć w najrozmaitsze, na chybił trafił wybrane rzeczy”. No, ale to już przecież dobrze znamy...