Nie tylko te uchwały, które szkoła wyższa przekazuje do ministra, mogą być przez niego badane pod kątem zgodności z prawem, ale także inne. Tak orzekł Naczelny Sąd Administracyjny.

– To przełomowy wyrok, ponieważ zmienia linię orzecznictwa – uważa Piotr Brzozowski, radca prawny w Kancelarii Prawa Civitas et Ius.

Ograniczone możliwości

Dotychczas sądy twierdziły, że minister nadzorujący uczelnię może badać te uchwały, które są wymienione w art. 35 ust. 3 ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym (t.j. Dz.U. z 2012 r. poz. 572 ze zm.). Chodzi m.in. o regulamin studiów czy statut uczelni. Tak wynika np. z wyroku NSA z 11 czerwca 2010 r. (sygn. akt I OSK 884/1).

– W katalogu tym nie zostały umieszczone uchwały, np. dotyczące nawiązania stosunku pracy z nauczycielem akademickim. Nie znajduje też jakichkolwiek podstaw twierdzenie, iż nadzór, jaki sprawuje minister, winien dotyczyć w istocie nie tylko uchwał wskazanych w art. 35 ust. 3 ustawy, ale także wszelkich innych, o podjęciu których organ nadzorczy informowany by był przez osoby trzecie. Przepisy ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym są w tym zakresie jasne i nie budzą wątpliwości, nie dają też podstaw do interpretowania ich w sposób rozszerzający, czego domaga się strona w niniejszej sprawie – orzekł wówczas sąd.

Jakie obowiązki ma uczelnia wobec ministerstwa

Jakie obowiązki ma uczelnia wobec ministerstwa

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Tak też twierdziło Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW). – Przewidziana w art. 36 ust. 1 ustawy forma nadzoru daje podstawę do stwierdzania nieważności w przypadku tylko tych uchwał lub decyzji, które są przekazane przez właściwe organy szkoły wyższej, tj. rektora lub senat, co do których ustawa nakłada obowiązek przesłania ich do ministerstwa – uzasadniało MNiSW.

Wskazywało, że przepisy ustanawiają autonomię uczelni i nie dają podstaw prawnych do podjęcia działań, które z nich nie wynikają. Podkreślało, że organy administracji rządowej mogą podejmować decyzje dotyczące uczelni tylko w przypadkach przewidzianych w ustawach. Twierdziło zatem, że nie może zabierać głosu w takich kwestiach jak procedura wyborów lub odwoływania władz szkoły wyższej, np. rektora czy dziekana. Zaznaczało, że uniezależnienie tych kwestii od jakiegokolwiek ograniu stanowi podstawę autonomii szkoły wyższej.

– Sam pamiętam taką sytuację, że dziekan został odwołany niezgodnie z prawem, a poprzednia pani minister odmówiła badania tej uchwały, właśnie nie chcąc ingerować w autonomię uczelni – mówi prof. Krzysztof Rączka, dziekan Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

Ważniejsza autonomia

W efekcie nawet jeśli np. pracownicy uczelni bądź inne osoby występowały do ministra o stwierdzenie nieważności uchwały, to ten w takich przypadkach odmawiał. Zdaniem wnioskodawców błędnie, bo przyjęcie takiego stanowiska prowadziłoby do wniosku, że zagwarantowana przepisami prawa autonomia uczelni w zakresie organizacji wewnętrznej nie podlega jakiejkolwiek kontroli zewnętrznej, nawet jeśli decyzje te są sprzeczne z prawem.

– Uniezależnienie wyborów, a także odwoływania władz uczelni od decyzji jakiegokolwiek organu jest podstawą autonomii uczelni. Natomiast członkowie społeczności akademickiej, którzy stwierdzili lub przypuszczają, że miało miejsce naruszenie przepisów, i wykażą, że posiadają interes prawny w sprawie, mają prawo zaskarżenia prawidłowości ich przebiegu do sądów powszechnych – uzasadniało swoje stanowisko ministerstwo przed sądem.

Z tą wykładnią nie zgodził się jednak ostatnio NSA, który na posiedzeniu niejawnym rozpatrywał wniosek kasacyjny odwołanego rektora.

– Minister nauki i szkolnictwa wyższego jest kompetentny do stwierdzenia nieważności każdej uchwały organu kolegialnego uczelni lub decyzji rektora (innej niż decyzja administracyjna) w przypadku stwierdzenia jej niezgodności z przepisami prawa lub statutem uczelni. Uprawnienia rzeczonego ministra nie są zatem zawężone jedynie do uchwał w przedmiocie spraw określonych w art. 35 ust. 3 p.s.w., przekazywanych z urzędu ministrowi przez uczelnię. Zapatrywanie to znajduje potwierdzenie w wykładni językowej, systemowej i celowościowej cytowanych przepisów ustawy, a ponadto urzeczywistnia zasadę praworządności działania administracji publicznej (w tym organów uczelni) przy poszanowaniu autonomii szkół wyższych – uznał tym razem sąd.

Wbrew zatem wcześniejszemu poglądowi minister właściwy do spraw szkolnictwa wyższego jest kompetentny do przeprowadzenia postępowania nadzorczego w przedmiocie stwierdzenia nieważności uchwały senatu szkoły wyższej dotyczącej odwołania np. z funkcji rektora.

Uczelnie zaniepokojone

– Jestem pełen podziwu dla NSA, że złamał poprzednio obowiązującą wykładnię tych przepisów, która właśnie ze względu na autonomię uczelni kreowała nadzór tylko w pewnych aspektach. Dziś – jeśli jakakolwiek uchwała senatu będzie naruszać prawo – to minister powinien włączyć swą funkcję nadzorczą i eliminować ją z obrotu prawnego – ocenia Piotr Brzozowski.

Jego zdaniem autonomia uczelni nie może prowadzić do wniosku, że będziemy akceptować stan niezgodności z prawem wywołany np. wadliwą uchwałą Senatu. Po to minister sprawuje nadzór, aby miał charakter nieskrępowany w jego sprawowaniu, bo taka jest istota nadzoru ministra nad działalnością uczelni.

– Trzeba sprawdzić, jak głęboka może być ingerencja ministra nauki w sprawy uczelni po tym wyroku. W mojej opinii decyzje poodejmowane przez środowisko akademickie, dotyczące ich wewnętrznych kwestii, np. wyboru rektora, nie powinny być przez ministra kwestionowane – uważa Janusz Rak, prezes Rady Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielska Polskiego.

Podobnego zdania jest prof. Krzysztof Rączka.

– Może dojść do naruszania autonomii uczelni. W przypadku np. odwoływania władz uczelni to, czy dana uchwała została podjęta z prawem, powinien oceniać sąd, a nie minister. Coraz bardziej biurokracja wkracza na uczelnie, mamy coraz więcej obowiązków, a coraz mniej niezależności – skarży się Krzysztof Rączka.

ORZECZNICTWO

Wyrok NSA z 26 września 2014 r., sygn. akt I OSK 2159/14.