W roku szkolnym 2021/2022 do polskich szkół chodzi 4,7 mln uczniów. Z edukacji domowej korzystało w sumie prawie 19 tysięcy. Wciąż zatem stanowią promil wśród ogółu, ale kiedy porównamy te dane z zeszłorocznymi okazuje się, że uczniów, którzy nie chcą uczyć się w szkole jest więcej o 80 proc. Takiego wzrostu w historii polskiej szkoły jeszcze nie było.

Polska szkoła przechodzi dużo zmian, ale żadna z nich nie zmienia jej istoty. Zmieniają się za to uczniowie – ich potrzeby i wymagania. Pandemia i zdalna nauczanie wielu z nich pokazało, że uczyć można się skutecznie na własnych zasadach. Stąd wzrost pojawił się akurat teraz.

Z moją teorią na temat przyczyn tego zjawiska zgadza się Mariusz Truszkowski z inicjatywy Szkoła w Chmurze. Ale rozwija tę myśl dalej. – Dodałbym tu jeszcze rodziców, którzy do tej pory wiedzieli co się dzieje w szkole z opowieści swoich dzieci. I może trochę niedowierzali, trochę nie rozumieli o co chodzi, a teraz – obserwując to wszystko na ekranie komputera widzieli czarno na białym w jakiej kondycji jest polska szkoła – mówi. – Zobaczyli na własne oczy jak to działa, a raczej nie działa – dodaje Monika Kamińska-Wcisło z Centrum Nauczania Domowego.

Reklama

Zarzuty wobec szkół publicznych, które powodują, że uczniowie i ich rodzice, odwracają się ku edukacji poza publicznej są wciąż te same, choć – jak mówi Mariusz Truszkowski – intensyfikują się. Wymienia tu przede wszystkim presję, która nawet jeśli jest taka sama od kilkudziesięciu lat, to dopiero od kilku zadajemy sobie pytania o jej konsekwencje. Poza tym – podstawa programowa i różnice między tym jak wygląda sam proces nauki w szkole, a jak współczesne dzieci przyswajają wiedzę. – Szkoła jest skonstruowana w ten sposób, że wszyscy uczniowie muszą się uczyć wszystkiego na 100 proc. i jeśli coś im nie idzie to muszą pracować głównie nad tym. My zamieniamy tą kolejność i chcemy, by uczniowie uczyli się tego, w czym mają szansę być naprawdę mistrzami świata – mówi…

Pandemiczna rzeczywistość, choć skłoniła do przechodzenia na edukację domową, nie jest jednoznaczna. Zdaniem Moniki Kamińskiej-Wcisło pierwszy lockdown zasadniczo różnił się od drugiego – pozwolił na rozluźnienie pruskiego gorsetu. – Pierwszy lockdown zorganizował szkołę trochę na „wariackich papierach” – każda szkoła i każdy nauczyciel organizował sobie tę pracę sam. Często była to np. praca projektowa, a dzieci mogły wysyłać je w różnych godzinach – każdy mógł pracować we własnym tempie – opowiada. – Drugi to był horror – mówi. Dlaczego więc fala hejtu na nauczycieli wylała się wtedy, gdy próbowali pracować inaczej? – Bo wszyscy wiedzieli, że moment weryfikacji nadejdzie, a weryfikacja odbywa się już w systemie. Dlatego ten czas był traktowany jak zmarnowany. Wszyscy jesteśmy ofiarami tego systemu – tłumaczy.

Reklama

Najliczniejszą grupę uczniów w edukacji domowej stanowią uczniowie podstawówek. Monika Kamińska-Wcisło podkreśla, że są trzy wyraźne momenty przechodzenia na nauczanie domowe. Pierwszy to sam początek, czyli klasy 1-3. – Rodzice wychodzą z założenia, że to jest dobry moment, żeby samemu pokazywać dziecku świat. Pandemia dodatkowo sprawiła, że te dzieci absolutnie nie zyskiwały edukacyjnie – uczyły się czytać i pisać, a musiały obsługiwać komputer. Nie rozumiały gdzie jest nauczyciel, w którym oknie są koledzy, w którym on – mówi. Dodatkowo to rodzice tych dzieci poświęcali najwięcej czasu na „przerobienie” materiału po godzinach. – Dochodzili do wniosku, że po co w takim razie dziecko ma się męczyć przed komputerem, skoro potem i tak trzeba zrobić to raz jeszcze – tłumaczy.

Drugi to klasa piąta. Po stosunkowo łagodnym okresie klas 1-3 przychodzi czas zmiany i wejścia w ostry system oceniania, nawał klasówek i sprawdzianów. Po takim roku część uczniów już wie, że nie chce uczyć się w taki sposób.

I w końcu trzeci, czyli klasy 7-8. – Te dzieci są najbardziej zmęczone pandemią i szatkowaną nauką stacjonarną. Do trudności, które dotyczą w tym zakresie wszystkich uczniów dochodzi dodatkowo wiek dojrzewania i często doświadczają stresu społecznego, od rodziców słyszymy, że nie odnaleźli się w szkole po powrocie do stacjonarnej nauki. Myślą: ci moi znajomi wyglądają już inaczej niż ich zapamiętałem, są trochę inni, ja jestem trochę inny – wyjaśnia.

Ze szkoły publicznej uczniowie uciekają nie tylko do edukacji domowej, ale także do szkół niepublicznych. W roku szkolnym 2021/2022 uczy się w nich niespełna 280 tys. uczniów. W tym przypadku wzrost zainteresowania można podzielić na dwa etapy – pierwszym, jak wyjaśnia Zygmunt Puchalski, prezes Społecznego Towarzystwa Oświatowego, była reforma Anny Zalewskiej. - Minister Zalewska zafundowała szkołom publicznym chaos, a uczniom potężną dawkę stresu. To wtedy część rodziców postanowiła poszukać dla swoich dzieci bezpieczniejszej przystani i taką znaleźli m.in. w szkołach społecznych takich jak szkoły STO – mówi. A potem przyszła pandemia. - Telefony w naszych szkołach rozdzwoniły się także w trakcie pandemii. Nie wszystkie placówki publiczne udźwignęły ciężar zdalnej edukacji, dlatego rodzice zaczęli szukać alternatywy. Od rodziców naszych uczniów dowiadywali się, że zdalne lekcje są prowadzone na wysokim poziomie, stąd próby przepisywania dzieci, nawet w trakcie roku szkolnego. Podczas ostatniej rekrutacji zainteresowanie szkołami STO było rekordowe, niejednokrotnie rekrutacje były zamykane przed czasem, z uwagi na dużą liczbę chętnych – opowiada Zygmunt Puchalski.

Ostatnie wydarzenia wokół polskiej szkoły sprawiają, że rodzice wciąż interesują się szkolnictwem prywatnym. Jak tłumaczy Zygmunt Puchalski atmosfera w oświacie jest bardzo zła, bo resort edukacji próbuje podporządkować placówki kuratorom, marginalizując rodziców i nie licząc się z ich zdaniem. - W tym samym czasie, zamiast wspierać szkoły w trudnym czasie pandemii, rządzący przygotowują przepisy, które pozwolą skazywać dyrektorów na kary więzienia – mówi i dodaje: „W sytuacji, gdy polska szkoła zaczyna się jawić jako miejsce opresyjne, które nie służy dobru dziecka, trudno się dziwić, że rodzice poszukują alternatywy. Jeśli mają wybierać między szkołą radosną, skoncentrowaną na potrzebach dziecka, a szkołą, w której zainteresowania ucznia mają być składane na ołtarzu podstawy programowej, z pewnością wybiorą tę pierwszą”.

Wszyscy moi rozmówcy podkreślają, że widzą jak zmieniają się uczniowie, którzy przechodzą ze szkół publicznych. Przede wszystkim – odżywają i jak – mówią – zaczynają się uśmiechać.