Koalicyjne PSL waha się: poprzeć PO i być za odrzuceniem wniosku o referendum od razu po debacie czy zdecydować o jego przesłaniu do dalszych prac. Debata w Sejmie na temat wniosku odbędzie się jutro, ale głosowanie w tej sprawie dopiero za dwa tygodnie.

Zdecydowała o tym marszałek Sejmu Ewa Kopacz. Pytana na konferencji, czy odłożyła głosowanie, bo koalicja nie jest pewna większości, nie odpowiedziała.

Platforma chce szybko odrzucić wniosek i uciąć dyskusję na ten temat.

Podczas wczorajszego posiedzenia klubu parlamentarnego PSL część posłów argumentowała za tym, by nie odrzucać wniosku przy pierwszym podejściu. Bo choć idzie on w poprzek polityki koalicji, to podpisało się pod nim ponad milion osób. Więc lepiej poczekać z jego ostatecznym odrzuceniem. Odrzucą potem, nie tak ostentacyjnie.

Wnioskodawcy chcą także zapytać Polaków, czy są za zaprzestaniem likwidacji publicznych szkół i przedszkoli, przywróceniem pełnego kursu historii w liceach i likwidacją gimnazjów. – Zdajemy sobie sprawę, że to pytania nie tylko o sześciolatków, ale sprawy, które całkowicie wywracają system edukacji w Polsce – mówi rzecznik PSL Krzysztof Kosiński.

PO się jednak boi, że jeśli wniosek nie zostanie odrzucony teraz, to w miarę zbliżania się wyborów będzie rosła polityczna presja na posłów i łatwiej będzie go przeforsować.

Koalicji może pomóc regulamin Sejmu. W przypadku wniosków o referendum Sejm postępuje inaczej niż z ustawami. Debatuje nad wnioskiem i bezwzględną większością głosów głosuje nad przyjęciem uchwały. Tak więc jeśli zwolennikom wniosku nie uda się zebrać większości do jego przeforsowania, pomysł pada. Jeśli wniosek zostanie przyjęty, trafia do komisji ustawodawczej, gdzie szykowana jest ostateczna uchwała Sejmu. Ale i ona musi być przyjęta bezwzględną większością głosów. Wszyscy, którzy się wstrzymują od głosu, faktycznie pomagają w jego odrzuceniu. I na taki wariant może zdecydować się część posłów koalicji obawiających się otwartego sprzeciwu wobec referendum.