Dziś obsługa telewizora – choćby jego włączenie i zaprogramowanie nagrywania – jest trudniejsze niż niedawno praca na obrabiarce. Tyle że współczesna obrabiarka to skomputeryzowany kombajn, bardziej skomplikowany niż pierwszy statek, który poleciał w kosmos. Aby umieć pracować na takiej maszynie, należy mieć nieźle poukładane w głowie. Nie wystarczy praktyka w waleniu młotkiem, trzeba poznać podstawy informatyki i programowania. Ale nie, my wciąż o kluczach francuskich i gumofilcach.

Gorzej, że taki obraz absolwenta szkoły zawodowej zalągł się (i siedzi) również w ministerialnych głowach. A także w mózgownicach naszych prominentów odpowiedzialnych za edukację Polaków. I jeszcze, co tragiczne, jak nowotwór wczepił się w synapsy samorządowców, dyrektorów szkół i nauczycieli, nie pozwalając na swobodny przepływ informacji. Bo jak w inny sposób tłumaczyć to, że warsztaty w zawodówkach często wciąż przypominają muzea techniki? Oraz to, że od 1989 r. nie powstało w naszym kraju ani jedno centrum kształcenia zawodowego z prawdziwego zdarzenia, choć wciąż się o tym mówi? Takie centrum to kosztowna sprawa, powinno być wyposażone w absolutnie najnowocześniejsze urządzenia i sprzęt, tak aby edukacyjnie wyprzedzać rynek, zamiast za nim gonić. Takie centra tworzą nasi zachodni sąsiedzi – i nie mam tu na myśli warsztatów zakładanych przez duże firmy, aby kształcić fachowców na swój pożytek, ale publiczne ośrodki finansowane przez państwo. Niemcy mają najnowocześniejszy przemysł. A my od lat słyszymy, że na takie zbytki nie ma pieniędzy.

Są rzeczy i sprawy w państwie, na które środki muszą się znaleźć, jeśli kraj ten ma mieć przed sobą przyszłość. To obronność. I edukacja. Albo – jak kto woli – edukacja i obronność. Nie ma ważniejszych kwestii. Jeśli ci, którzy nami rządzą, uważają inaczej, może czas najwyższy, aby zmienili zawód.