Tylko 3 proc. przedsiębiorców inicjuje wspólne działania z zawodówkami. Zazwyczaj to szkoły o nie zabiegają – tak jest w 90 proc. przypadków. Pracodawcy twierdzą, że nie zyskują z tego korzyści finansowych. A nawet do takiego kształcenia dokładają. Nie mają też gwarancji, że przeszkoleni uczniowie podejmą u nich pracę i nie odejdą do konkurencji.

– Firmy uważają, że to na szkole spoczywa nie tylko odpowiednie nauczanie dostosowane do potrzeb rynku pracy, lecz także kontakt z przedsiębiorcą. To przekonanie jest błędne. Ta odpowiedzialność spoczywa na nich – mówi Witold Woźniak, dyrektor Krajowego Ośrodka Wspierania Edukacji Zawodowej i Ustawicznej (KOWEZiU).

Rynek się zmienia

Niechęć do nawiązywania kontaktów z zawodówkami wynika ze specyfiki gospodarki. Przeważają mikroprzedsiębiorstwa (do 9 pracowników), które stanowią 95 proc. sektora MŚP. Wskazują one, że brakuje im czasu i środków na takie działania. Nie dysponują też wystarczającą kadrą.

Jakub Wojnarowski, zastępca dyrektora generalnego Konfederacji Lewiatan, uważa, że celem mniejszych firm jest przetrwanie na rynku, dlatego nie są nastawione na aktywność edukacyjną.

– Pracodawcy nie garną się do współpracy ze szkołami, bo uważają, że nie jest im ona potrzebna – zaznacza prof. Mieczysław Kabaj z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych.

Wskazuje, że na jedną ofertę pracy przypada 32 bezrobotnych z urzędów pracy, a łącznie z niezarejestrowanymi – 52 osoby. Pracodawcy mogą więc przebierać w kandydatach.

– To jednak krótkowzroczna strategia. Za kilka lat zabraknie nam specjalistów, bo z powodu niżu demograficznego coraz mniej osób kończy szkoły zawodowe – mówi.

Witold Woźniak potwierdza, że dziś trudno jest zachęcić przedsiębiorców do zaangażowania się w proces kształcenia.

– Bez współpracy z pracodawcami nie da się dobrze przygotować osoby do podjęcia zatrudnienia – tłumaczy Witold Woźniak.

Jego zdaniem pracodawcy często nie dostrzegają też korzyści, które z tego płyną.

– Jeśli przyjmą ucznia na praktykę, mogą wybrać sobie najlepszych kandydatów. To powinno przeważać nad obawą, że stracą zainwestowane pieniądze, jeśli pracownik odejdzie z firmy – dodaje.

Eksperci podkreślają, że taka współpraca opłaca się uczniom (zyskują dobre przygotowanie do pracy), szkołom i firmom. Mimo to nadal trzeba do niej przekonywać pracodawców.

Potrzebne dopłaty

Brak zachęty finansowej jest główną przyczyną małego zainteresowania kształceniem dualnym, czyli łączeniem nauki w szkole i w firmie.

– W Niemczech dopłata dla pracodawcy, który bierze udział w takim kształceniu, wynosi 609 euro. W Polsce może liczyć na ok. 150 zł – wylicza prof. Mieczysław Kabaj.

Przedsiębiorcy mogą otrzymać dofinansowanie tylko do zatrudnienia młodocianych osób, jeśli zdecydują się na podpisanie z nimi umów o pracę.

– Ta możliwość dotyczy tylko uczniów do 18. roku życia. Postulujemy wydłużenie tego okresu do 25 lat – mówi Jolanta Kosakowska, dyrektor zespołu oświaty zawodowej i problematyki społecznej Związku Rzemiosła Polskiego.

Tłumaczy, że niektóre młode osoby późno decydują się na wybór zawodowej ścieżki kształcenia.

– Rozpoczynają naukę w liceum i w jej trakcie przekonują się, że woleliby mieć fach w ręku. Jeśli taką decyzję podejmą dopiero po ukończeniu 18 lat, pracodawca, który będzie chciał przyjąć takiego ucznia, nie skorzysta z systemu refundacji kosztów zatrudnienia – wyjaśnia.

Zdaniem pracodawców konieczne są też inne zmiany. Wskazują, że absolwenci szkół zawodowych są niewystarczająco przygotowani do podjęcia pracy po ukończeniu kształcenia.

– Jeśli przychodzi do mnie świeżo upieczony absolwent, wolę go nie przyjmować do firmy. Dopiero nabycie doświadczenia zawodowego daje mi pewność, że taka osoba nadaje się do pracy. Skoro to szkoły miały go do niej przygotować, firma nie może ponosić kosztów złego przygotowania – wskazuje Zbigniew Canowiecki, prezes Pracodawców Pomorza.

Jakub Wojnarowski zaznacza, że według szacunków średni koszt przygotowania miejsca pracy wynosi ok. 200 tys zł.

– Dla firmy to duży koszt. Przyjęcie ucznia wymaga zainwestowania pieniędzy, dlatego nie wszyscy mogą sobie na to pozwolić – podkreśla.

Dlatego Pracodawcy Pomorza wnioskują o zwrot kosztów pierwszego zatrudnienia ucznia szkoły zawodowej.

– Firma otrzymywałaby zwrot za 6 miesięcy do jednego roku takiej pracy. Dopłata z budżetu pokrywałaby wysokość płacy minimalnej – mówi Zbigniew Canowiecki.

Wskazuje, że po to został utworzony Fundusz Pracy, aby dotować takie działania. Pismo wraz z projektem zmian skierowano już do ministra pracy.

– Podobną propozycją zajmuje się rząd, ale obawiam się, że nasza wersja tego przepisu może się różnić od tej ostatecznie przyjętej – mówi Zbigniew Canowiecki.

Zdarza się, że same szkoły zniechęcają firmy do udziału w kształceniu zawodowym.

– Brakuje w nich np. punktów kontaktowych dla pracodawców, które odpowiadałyby za koordynowanie współpracy – mówi Jakub Wojnarowski.