Jak wyobraża pan sobie dodatkową pracę nauczycieli z dorosłymi?

Mam na myśli pracę z osobami wykluczonymi społecznie, zależnymi, niesamodzielnymi, bezrobotnymi. Czyli to, czym dzisiaj zajmują się pracownicy opieki społecznej, często w ogóle do tego nieprzygotowani. Do godz. 14 nauczyciel prowadziłby lekcje w klasie, od godz. 15 w ramach swojego pensum zajmował się innymi obowiązkami, w czym jest bardziej kompetentny niż urzędnik. Wymagałoby to od nauczycieli rewolucji mentalnej, ale będę obstawał przy tym, że jest to dobre wyjście.

Interesująca koncepcja, warta rozważenia i publicznej debaty.

Ale nikt nie chce słuchać. Ważniejsze są wszystkie inne tematy. Tymczasem to nie debata o Smoleńsku będzie decydowała o przyszłości tego kraju, ale edukacja i dobra szkoła.

Mocne słowa.

Współczuję rodzinom ofiar, tylko musimy mieć świadomość, co decydować będzie o naszej przyszłości. Możemy żyć bez wielkich stoczni i kopalń, czego nie wyobrażaliśmy sobie jeszcze kilka lat temu. Ale nie ma kraju, który może samodzielnie istnieć bez edukacji.

Twierdzi pan, że nauczyciele chcą i mogą pracować więcej. Jednak to Karta nauczyciela sprawia, że nie muszą, bo pieniądze zawsze będą te same. Przeciętny nauczyciel po niespełna czterech godzinach lekcyjnych bierze torebkę (rzadziej teczkę) i idzie do domu gotować obiad. W niektórych szkołach w USA nauczyciel po lekcjach zostaje w szkole i jest do dyspozycji rodziców. A u nas? Moja koleżanka na pierwszym zebraniu rodziców w nowym roku szkolnym usłyszała od nauczycielki, że nie dostaną jej numeru telefonu, bo nie lubi, kiedy się jej po pracy zawraca głowę.

To kolejne uproszczenie krzywdzące zdecydowaną większość nauczycieli. Nie zapominajmy też o warunkach lokalowych tysięcy szkół. Z kolei ustawowy przepis, że czas pracy nauczyciela nie może przekraczać 40 godz., nie różni nas od innych krajów europejskich. A w sytuacjach, kiedy jakiś nauczyciel ewidentnie się leni i nie współpracuje z rodzicami, nie przygotowuje się do lekcji, powinien interweniować dyrektor placówki. Pójść na jedną, drugą, dziesiątą hospitację. Jeśli lekcje są źle prowadzone, powiedzieć: przykro mi, ale ty się do tej pracy nie nadajesz. Karta nauczyciela stoi po stronie dyrektora.

Obstaję przy swoim: byłoby lepiej, gdybyśmy nie płacili tyle samo pani, która zaraz po czterech lekcjach biegnie do domu, nie przejmując się uczniami, i tej, która poświęca im swój wolny czas i staranie. Ten system jest szalenie demotywujący. Choć rozumiem, że go bronicie. Wszyscy zazdroszczą wam długich urlopów.

To mit. Często się pisze i mówi, że mamy prawo do 80 dni wolnego. W tym roku to 54 dni – to czas obejmujący wakacje letnie i ferie, minus siedem dni w dyspozycji dyrektora na przygotowanie się do nowego roku szkolnego czy organizację zakończenia. A jeśli ktoś dolicza do tego soboty i niedziele, to jest przekłamanie. Albo przerwy świąteczne. Te są dla uczniów. Jeśli rodzice powiedzą, że nie mają co z dzieckiem zrobić np. 22 grudnia, dyrektor ma obowiązek zapewnić mu opiekę. Tak nawiasem mówiąc, tylko w dwóch krajach urlop nauczyciela jest krótszy. A dłuższe urlopy niż my mają nauczyciele w 18 krajach, m.in. w Finlandii, we Francji, w Belgii. To wszystko, o czym mówię, zapisane jest w Karcie nauczyciela. Trzeba tylko umieć czytać tę ustawę i ją egzekwować.

Dlaczego pan uważa, że nauczycielom potrzebne są jakieś specjalne przepisy dotyczące ich pracy?

Bo pracują w szczególnym charakterze.

Podobnie jak lekarze i inne grupy zawodowe. A przecież wystarczałoby wobec wszystkich zastosować ten sam kodeks pracy. I ciut wolnego rynku też by nie zaszkodziło. W normalnym życiu pracownik jest wyceniany przez pracodawcę według prostych kryteriów: na ile jest dla firmy ważny i cenny. W przypadku nauczycieli liczą się widełki: masz dostać tyle i tyle. A jeśli nie zarobiłeś, to i tak na koniec roku trzeba ci uzupełnić wypłatę, żebyś dostał tyle, ile stanowi karta.

Nie my to wymyśliliśmy, to propozycja MEN chroniąca nauczycieli przed łamaniem prawa przez samorządy. Zgadzam się jednak, że dodatek motywacyjny powinien służyć nagradzaniu za wybitne osiągnięcia. Ale znów wracamy do osoby dyrektora szkoły. Jeśli rozdziela wszystkim równo po 5 proc., to dlatego że nie chce się podjąć trudu weryfikacji jakości pracy zespołu. A przecież nie wszyscy pracują tak samo. Trzeba jednak pamiętać, że jakości pracy nauczyciela nie można mierzyć wyłącznie wynikami nauczania. Na to ostatnie składa się wiele czynników, choćby kapitał kulturowy wyniesiony z domu i nawet to, czy dziecko zjadło rano śniadanie. Więc ocena nie jest łatwa. Z raportu przygotowywanego właśnie przez Holendrów wynika, że działań edukacyjnych nie można traktować wyłącznie w kategoriach rynkowych. Szkoła to jest misja, posłannictwo i edukacja.

Najlepsze szkoły na świecie są prywatne.

Jeśli chodzi o szkoły wyższe – zgoda. Można jeszcze dodać kilka szkół średnich. Ale na pewno nie całość edukacji. Poza tym jak pokazują inne badania OECD, szkoły prywatne mają lepsze wyniki z powodu selekcji: trafiają do nich uczniowie z rodzin o wyższym kapitale społeczno-kulturowym.

Nie widzę sprzeczności między rynkiem a szkołą.

A ja tak. Bo w gospodarce rynkowej wszystko jest liczone efektem końcowym. A tutaj nie wszystko zależy od nauczyciela. Szkoła to nie taśma produkcyjna. W zwyczajnej szkole, gdzie nie ma selekcji dzieci, w przypadku jednego ucznia sukcesem będzie to, że na koniec szkoły będzie potrafił sobie zawiązać buty i rozumiał podstawowe pojęcia. Inny dostanie się na studia i osiągnie sukces zawodowy.

Skoro mamy różne dzieci, może powinny być różne szkoły uczące je tego, czego mogą się – przy jak najlepszej pomocy – nauczyć.

Proszę mi wierzyć, system rynkowy w przypadku edukacji nie sprawdził się nigdzie na świecie. Szkoła to nie fabryka, a i w gospodarce, jak się teraz okazuje, nie wszędzie sprawdza się niewidzialna ręka wolnego rynku. Zawsze będą rodziny, które nie mają zamiaru lub nie mogą płacić za naukę dzieci. Nie działa też weryfikacja nauczycieli. Znam gminę, gdzie w minionym roku szkolnym wyrzucono z pracy pięciu nauczycieli nauczania początkowego, bo ponoć żaden z nich się nie sprawdzał. Tylko pytanie: nie sprawdzał się, bo nie miał kompetencji, czy dlatego że miał złe wyniki. A może chciał zarabiać jak każdy nauczyciel, tylko „właściciel” szkoły tego nie akceptował. Jest jeszcze kolejny dylemat: jeśli zabierzemy szkołom autonomię płynącą z racji opieki państwa, doprowadzimy do sytuacji, w której dzieci z wielu nie tylko dysfunkcyjnych rodzin będą dyskryminowane. Ważniejsze stanie się to, kto jest czyim synem lub córką, niż jego wiedza i umiejętności.