Oświatowa ślepa uliczka. Przechowalnia. Klatka dla nabuzowanych hormonami małolatów. Kwestia gimnazjów znów wróciła do debaty publicznej. Szef SLD Leszek Miller już na początku roku szkolnego zabawił się w oświatowego Lutra i w sobotę 1 września przed łódzką Szkołą Podstawową nr 44 wypisał 10 postulatów jego partii na nowy rok szkolny. Wśród nich – likwidacja gimnazjów, które – jak twierdzi – się nie sprawdziły. Z tym samym wnioskiem w tym samym niemal czasie wyskoczył prezes PiS. Podczas swojego expose Jarosław Kaczyński bił się w piersi, przyznając się do pomyłki (gimnazja wprowadzał rząd AWS, w którym Lech Kaczyński był ministrem sprawiedliwości).

Można by wzruszyć ramionami i stwierdzić, że to polityczne sztuczki mające zwrócić uwagę wyborców na wygłaszającego ostre tezy lidera partii, a nie realny problem. Wszak nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego – nie pojawiły się żadne nowe, spektakularne dane, nikt nikogo nie doprowadził do samobójstwa ani nie zabił – żeby właśnie teraz wołać o przełom. Jednak w rozmowach z osobami związanymi z oświatą – ekspertami, nauczycielami, ale też rodzicami gimnazjalistów – słyszy się tę samą nutę: Za długo to już trwa, czas coś z tym zrobić. Zlikwidować. Zreformować. Albo przynajmniej zacząć na ten temat uczciwie rozmawiać.

Miało być pięknie. Wprowadzając w 1999 r. w ramach wielkiej reformy oświatowej gimnazja do systemu szkolnego, mówiło się wiele o poprawie wykształcenia (wydłużenie obowiązkowej edukacji o rok) i wyrównywaniu szans dzieci z różnych środowisk. O dostosowaniu procesu dydaktycznego do wieku uczniów i o tym, że łatwiej będzie ich wychowywać, kiedy zgromadzi się pod jednym dachem młodzież z podobnymi potrzebami w tym samym wieku. Miało to także być symboliczne zerwanie z systemem PRL-owskim, którego uosobienie dostrzegano z jakiegoś powodu w 8-klasowej podstawówce. I nawiązanie do szczytnych tradycji II Rzeczypospolitej.

Wyszło jak zwykle. Dziś wydaje się, że jedyną niepodważalną zasługą szkół gimnazjalnych jest podniesienie umiejętności czytania ze zrozumieniem wśród uczniów najsłabszych – co jasno wynika z badań PISA (Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów, Programme for International Student Assessment). Z resztą założeń jest kiepsko.

Słabeusze coraz lepsi

Profesor Jerzy Marcinkowski, matematyk i informatyk z Uniwersytetu Wrocławskiego, mówi o gimnazjach krótko: porażka. I dodaje, że osądza po owocach – analizując poziom napływających co roku studentów i obserwując szkolną szamotaninę swoich dwóch synów. Jego zdaniem od wprowadzenia reformy oświatowej poziom maturzystów przybywających na uczelnię obniżył się radykalnie. Niczego nie wiedzą. Nic nie umieją. A co najgorsze – nie potrafią myśleć. – Ja już bym przeżył, że nie potrafią obliczyć pierwiastka, jestem w stanie ich tego szybko nauczyć – mówi Marcinkowski. Gorzej, że po latach obróbki w polskich szkołach młodzi ludzie mają zablokowane procesy myślowe i stłumioną umiejętność przyswajania wiedzy. Ciekawość intelektualna, wyobraźnia, zaangażowanie – brak. Ale jak ma być inaczej, mówi, kiedy dzieci w gimnazjum są przytłoczone i po prostu zamęczane. – Myśli się zwykle, że dziś rodzice nie mają czasu dla dzieci. A ja bym miał czas na to, żeby uczyć moje dziecko. Tylko że ono nie ma czasu. Wraca do domu po 8 lekcjach dziennie, nieprzytomnie zmęczone i niezdolne już do jakiegokolwiek wysiłku umysłowego, jakiegokolwiek skupienia.

Patrzy na to z przerażeniem. Przeanalizował wyniki badań PISA, którymi polskie władze oświatowe tak lubią się chwalić jako dowodem na to, że zrobiliśmy wielki skok cywilizacyjny i teraz raźnym krokiem zmierzamy ku edukacyjnej czołówce świata (sprawdzana jest umiejętność czytania ze zrozumieniem, wiedza matematyczna i w zakresie nauk przyrodniczych).

Pierwszy raz polscy 15-latkowie przebadani zostali w 2000 r. – byli wtedy w większości uczniami pierwszych klas szkół ponadpodstawowych (liceów, techników i zawodówek). Następne badanie było w 2003 r., już po wdrożeniu reformy oświaty. Przebadano wówczas 15-letnią młodzież ostatnich klas gimnazjów. Kolejne badania to 2006 i 2009 r. (wyników z 2012 r. jeszcze nie ma). I faktycznie, na podstawie danych z ostatniego dziesięciolecia można zaobserwować, że nasze dzieci poczyniły postępy. Na przykład w matematyce – z 470 punktów w 2000 r. ich wynik podskoczył do 495 w 2009 r. Jeśli w roku milenijnym czytały poniżej średniej OECD, to teraz plasują się w drugiej dziesiątce (15. miejsce).

Jednak jeśli przyjrzeć się tym badaniom bardziej szczegółowo, entuzjazm zaczyna opadać. Okazuje się bowiem, że ten nibysukces nasza oświata zawdzięcza najgorszym uczniom. Tym słabeuszom z ostatniej ławki, którzy okazują się być lepsi niż kiepscy uczniowie z innych części świata. Spójrzmy na wyniki z matematyki: jeśli weźmiemy po stu uczniów z każdego kraju i postawimy ich w kolejce od najlepszego do najgorszego, okaże się, że piąty od końca polski 15-latek (piąty centyl) uplasował się na wysokim 12. miejscu wśród swoich piątych od końca kolegów z 34 krajów OECD. Jego wynik jest o 13 punktów lepszy od wyniku Belga i o 19 punktów lepszy od wyniku Niemca. Ale w konkurencji piątych uczniów od początku kolejki (95. centyl) uczeń z Polski będzie już zaledwie 22. Okaże się słabszy od swojego kolegi z Belgii o 37 punktów, a od piątego w swojej kolejce Niemca o 25.

Podobnie jest z pozostałymi dziedzinami wiedzy. Stąd prosty wniosek: poprawiliśmy średnią, ale nie mamy mocnej elity. Być może nasz hydraulik będzie miał najlepszą orientację w geografii wśród wszystkich hydraulików na świecie, ale dramatycznie brakuje nam młodych ludzi na tyle intelektualnie zbornych, aby za kilka lat budować nam mosty, pisać programy, leczyć. Dramat. Zresztą efekty reformy – a gimnazjum jest tylko jednym z jej elementów, trzeba do całości dodać choćby maturę w postaci testów czy brak egzaminów wstępnych na studia – już widać. Dziś studia kończy połowa polskiej młodzieży, przynajmniej o połowę więcej niż średnia w innych krajach. To pozorny sukces. Młodzież jest kiepsko wyedukowana, nieprzygotowana do pracy, po wyższej szkole ląduje na bezrobociu albo wyjeżdża zmywać naczynia do któregoś z nieco bogatszych krajów.