Zaczyna się rok szkolny i rodzice ruszają zapisywać swoje dzieci na tysiące zajęć dodatkowych. Ten, który tego nie robi, jest wyrodny i nie kocha.

Ta presja wynika z pewnej mody, ale też chęci samych dzieciaków. Bo jak koleżanka Paulina chodzi na balet, to ja też, więc tato, mamo, koniecznie mnie zapiszcie. Wysyłanie dzieci na zajęcia dodatkowe – jeśli rodziców na to stać – samo w sobie złe nie jest. Wynika z antycznej filozofii wychowania, o której później w Polsce najfajniej pisał Mikołaj Rej: szkoła powinna być miejscem, gdzie dziecko spotka się z różnymi dziedzinami wiedzy i sztuki. Tak, aby dać młodemu człowiekowi szansę na zrozumienie, co go naprawdę interesuje.

Pod warunkiem że obserwujemy, przy czym błyszczą mu oczy i pozwalamy rozwinąć skrzydła. Gorzej, jeśli wymagamy, aby dziecko doskonaliło się we wszystkich dziedzinach, nawet tych, które go męczą i nudzą.

Jeśli dziecko wyraźnie odmawia, jeśli coś go nie pasjonuje, to nie widzę żadnej przyczyny, dla której rodzic miałby je torturować.

Ale on chce dziecku zapewnić dobrą przyszłość. Wie, że w pewnych kręgach nie tylko trzeba mówić po angielsku, francusku i mandaryńsku, ale jeszcze grać w golfa i żeglować. Więc rodzic zrobi wszystko, żeby od małego je w to wdrażać. To inwestycja. Żal mi tych małych skazańców: mają dzień wypełniony od świtu do nocy. Co z nich wyrośnie?

Jest niebezpieczeństwo, że zamiast wszechstronnie wykształconych ludzi, którzy będą się potrafili znaleźć w każdej sytuacji, wychowa się maszyny ludzkie. Bo jeśli czas, a także siły witalne zużyją w tych wszystkich ćwiczeniach, które im rodzice zadają, nie będą już mieli sił na wewnętrzny rozwój. Większa część tych młodych ludzi odnajdzie się potem w dorosłym życiu, będą sprawnymi pracownikami korporacji, ale pozostaje pytanie o takie błahostki, jak samorealizacja czy szczęście. Niewymierne kwestie. Dzieciństwo powinno być jednak czasem pewnej beztroski, ładowania emocjonalnych akumulatorów. To też jest potrzebne.

Takie grzeczne dzieci – robociki-prymusiki – osiągają wymierny sukces w dorosłym życiu?

Mogę odpowiedzieć na przykładzie swoich studentów: regułą jest, że wszechstronni prymusi radzą sobie na ogół gorzej niż ci, którzy mieli nawet słabsze oceny wejściowe, ale za to pasję i ciekawość w sobie. Właśnie z tych trójkowiczów, zbuntowanych, ale mających zainteresowania, wyrastają często wybitni ludzie. A ci, którzy wchodzili na studia jako wszechstronni i genialni, potem jakoś oklapli.

A czego im brakowało?

Samodzielności i inspiracji. Nie byli niczym tak naprawdę zainteresowani, przyzwyczaili się do tego, że muszą tylko wypełniać polecenia, aby byli chwaleni. Nie stać już ich na własną inicjatywę. Pisali prace, rzetelne, ale średnie. Podczas kiedy ci pasjonaci, rozczochrani często duchowo, zbyt temperamentni intelektualnie, byli w stanie robić rzeczy świetne.

Szkoły nie lubią tych intelektualnie rozczochranych. Powiem więcej – tępią ich z całej siły.

Nie jest to normą. Uczyłem dłużej w dwóch szkołach, publicznej i prywatnej. W tej publicznej była dyscyplina – to było dobre warszawskie liceum, które przyciskało śrubę. Ale takich wybijających się, z inwencją, staraliśmy się chronić. Z kolei w tym prywatnym, gdzie dbałość o rozwój osobowy dziecka była priorytetem, miałem ucznia – genialny humanista, ale noga z matematyki. Pani profesor, która wykładała ten przedmiot, strasznie go cisnęła, bez skutku. Postanowiła zostawić go na drugi rok w tej samej klasie. Wiele godzin dyskutowaliśmy, przekonywałem, prosiłem. Jako ostatecznego argumentu użyłem twierdzenia, że ja jej gwarantuję, że z niego wyrośnie człowiek wybitny. Niechętnie się zgodziła. Ale miałem rację. Już zrobił doktorat.

Nawet humanistyczny geniusz powinien znać tabliczkę mnożenia.

Zgoda, wyobrażam sobie nawet, że rekrutacja na każdy wydział humanistyczny powinna brać pod uwagę także wyniki z matury matematycznej. Żeby wiedzieć, iż ktoś, kto do nas aplikuje, ma wszechstronną wiedzę i chłonny umysł. Ale też przykład, który podałem, był ekstremalny.

Wróćmy do dzieciństwa: ma być beztroskie. Ale jest to też czas, kiedy człowiek najszybciej się uczy. Akumulatory należy ładować, także te intelektualne.

Zapisywanie dzieci na tysiąc kółek to jest łatwizna, jeśli jednocześnie rodzice w ten sposób tworzą sobie alibi, by się własnymi dziećmi nie zajmować. A wiele efektów się uzyska, jeśli pójdzie się z dzieckiem na spacer, opowie o drzewach albo zabierze do teatru. Takie rodzicielskie inicjatywy poznawcze, kiedy mamy synergię beztroskiego dzieciństwa z edukacją.

Dziecko nie powinno się nudzić?

Nuda też jest ludzkim doświadczeniem, jak dziecko doświadczy umiarkowanej porcji nudy, to też mu się nic nie stanie. Nuda jest takim momentem resetu, zachęca do przyszłego działania.

Mały człowiek powinien mieć czas na to, żeby zastanowić się, co chciałby robić.

Nadmiar bodźców, tak samo jak niedomiar, jest niedobry. Ja sam miałem kłopoty z ojcem. Przychodził i widział, że patrzę w okno. „No i co tak siedzisz i nic nie robisz”. Jak to nic nie robię? Myślę! To, że akurat nie zasuwałem łopatą, nie oznacza, że był to moment bezproduktywny.

A może liberalne teorie o edukacji młodego pokolenia to przeżytek. Azjaci wybrali inny model, który nam wydaje się okrutny – szkoła, korepetycje, odrabianie lekcji, potem jeszcze kursy dokształcające – ale daje wyniki.

Trochę wiem o szkolnictwie koreańskim, pewien czas tam spędziłem. Szkoła jest restryktywna, stawia bardzo wysokie wymagania, na każdym szczeblu są egzaminy nastawione na odsiew. To efekt filozofii innej od naszej. W sztukach walki też chodzi przecież o to, żeby ćwiczyć do upadłego, trenować od rana do nocy, aby osiągnąć doskonałość. Wymaga też tego cywilizacja. W Seulu są 15-kilometrowe korki, nieznane w Europie przeludnienie i aby w takim mieście się jakoś poruszać, trzeba być zorganizowanym i zdyscyplinowanym. Natomiast w sensie stylu życia, rozrywki, życia duchowego ta cywilizacja, bardzo stechnicyzowana, sprawia często wrażenie dość płytkiej.