Niektóre szkoły wyższe nie planują żadnych modyfikacji w kształceniu doktorantów oprócz zmiany nazewnictwa. Eksperci nie mają wątpliwości, że mogą stracić na takim podejściu.
Reklama
Szkoły doktorskie to nowa instytucja, która została wprowadzona ustawą Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, tzw. ustawa 2.0 (Dz.U. z 2019 r. poz. 730). Zastąpią obecne studia doktoranckie, a prowadzić je będą mogły tylko uczelnie i instytuty, które realizują badania naukowe na najwyższym poziomie. Pierwsi doktoranci rozpoczną kształcenie od października.

Nowe ma być lepsze

Zmiany w kształceniu doktorantów były niezbędne, bo wciąż obowiązujący model oparty na studiach doktoranckich był powszechnie uważany za dysfunkcyjny. Wśród jego wad wymieniano brak zewnętrznej kontroli jakości nauczania, niski poziom umiędzynarodowienia (nawet niższy niż w przypadku studiów magisterskich), coraz słabsze doktoraty i brak staranności w ustalaniu programów studiów.
W założeniach szkoły doktorskie mają wspierać interdyscyplinarność w badaniach naukowych oraz kształcenie zaawansowanych kompetencji cennych dla gospodarki.

Interdyscyplinarność górą

Przykładem może być Szkoła Doktorska Instytutów PAN Technologii Informacyjnych i Biomedycznych (TIB PAN). Jej celem będzie kształcenie interdyscyplinarne. Program obejmuje zagadnienia z cyberbezpieczeństwa, sztucznej inteligencji, nowych technologii, inżynierii biomedycznej. Szkoła powstała we współpracy z NASK – Państwowym Instytutem Badawczym.
– Szkoła doktorska w tym formacie ma ułatwić przyszłym doktorantom poruszanie się w różnych dziedzinach nauki. Mamy też nadzieję, że będzie mogła zapewnić adekwatne i satysfakcjonujące stypendia – mówi prof. Jacek Leśkow, dyrektor NASK.
Zapewnia, że jego instytut nie tylko włączy się w prace badawcze doktorantów, ale również będzie rekomendował wypracowane przez nich rozwiązania.

Nie wszyscy chcą zmian

Łukasz Kierznowski, ekspert z zakresu prawa szkolnictwa wyższego i nauki, przewodniczący Krajowej Reprezentacji Doktorantów, podkreśla, że dla licznych instytutów i uczelni nowe przepisy były bodźcem do zmian.
– Wielu z nich zależało na odejściu od dotychczasowej formuły na rzecz kształcenia interdyscyplinarnego i projakościowych kryteriów rekrutacji – mówi.
Zwraca jednocześnie uwagę, że są jednak również takie podmioty, które podejmują tylko pozorne działania, ograniczające się do przemianowania studiów doktoranckich na szkoły doktorskie bez dokonywania zmian w programie kształcenia.
– Pozorność zmian może niektórym uczelniom przynieść dotkliwe skutki – podkreśla.
Przypomina, że ustawa 2.0 wprowadza odrębną ewaluację szkół doktorskich. Do tej pory jakość kształcenia doktorantów nie była poddawana żadnej zewnętrznej ocenie. Teraz będzie, a jej negatywny wynik – zgodnie z nowymi przepisami – może oznaczać koniec istnienia szkoły.
– To powinno stymulować projakościowe zmiany na uczelniach – mówi ekspert.
Do wypracowania innowacyjnych form kształcenia doktorantów, które nie ograniczają się jedynie do zmiany nazewnictwa, nawołuje też Rada Młodych Naukowców.
Łukasz Kierznowski zwraca uwagę, że ustawa daje ministrowi nauki silniejsze niż wcześniej instrumenty nadzoru nad podmiotami prowadzącymi szkoły doktorskie. Może on nie tylko stwierdzić nieważność aktów związanych z kształceniem doktorantów (np. regulaminu szkoły) w przypadku ich niezgodności z przepisami, ale też w najbardziej skrajnym przypadku zawiesić rekrutację z rygorem natychmiastowej wykonalności.
– Do zgodności z prawem szeroko rozumianego kształcenia doktorantów szkoły wyższe powinny podejść z większą skrupulatnością – ocenia Kierznowski.