Na przestrzeni pięciu lat aż sześciokrotnie wzrosła liczba nieletnich, którzy podjęli próbę samobójczą z powodu problemów w szkole.
Reklama
Z policyjnych kartotek wyłania się dramatyczny obraz. W ubiegłym roku na swoje życie targnęło się 160 uczniów. Było ich aż trzykrotnie więcej niż w roku 2016 i sześciokrotnie więcej niż w roku 2013.
– Równocześnie wzrosła łączna liczba dzieci między 7. a 18. rokiem życia, które chciały popełnić samobójstwo (niekoniecznie motywowane sprawami szkolnymi). Od 2013 r. do 2018 r. odnotowaliśmy tu dwukrotny skok: z 357 do 772 przypadków – wyjaśnia Michał Gaweł z Komendy Głównej Policji.
O ile w przeszłości próby samobójcze wśród młodych zdarzały się sporadycznie, o tyle obecnie w zasadzie nie ma dnia, żeby policja nie zarejestrowała takiego przypadku. A faktyczna skala problemu może być jeszcze większa. – Dzieci, które próbują odebrać sobie życie, jest więcej. Tylko ekstremalne przypadki trafiają do oficjalnych statystyk – twierdzi Lucyna Kicińska, koordynatorka telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.
Do policyjnych statystyk trafiają tylko ekstremalne przypadki.
Ostatnio na linię zadzwoniła nauczycielka z jednej ze szkół, której uczeń zwierzył się z myśli samobójczych. Był agresywny. Okazało się, że jest uzależniony od komputera i internetu, a rodzice odcięli mu do nich dostęp. Dziecko nie mogło sobie z tym poradzić. Oskarżało ojca i matkę o przemoc. W efekcie sprawa trafiła do pomocy społecznej.
Inny przypadek dotyczył 15-letniej Marysi, uczennicy jednej z wrocławskich szkół. Połknęła garść tabletek, bo miała konflikt z koleżankami.
Eksperci zwracają uwagę, że radykalny wzrost prób samobójczych nałożył się na zmiany w systemie edukacji. W 2017 r. rozpoczęło się wygaszanie gimnazjów, wydłużono szkołę podstawową. Pedagodzy zaznaczają, że był to okres, w którym problem odbierania sobie życia przez młodych został przykryty przez kryzysy generowane przez reformę. Do tego zaledwie 44 proc. szkół ma na etacie specjalistę, który jest kluczową osobą przy zapobieganiu takim zdarzeniom.
– Reforma nie jest podstawową przyczyną samobójstw. Chodzi o to, że ciągle rosnąca liczba dzieci z depresją nałożyła się na sytuację, w której było mniej czasu, żeby o nie zadbać i dostrzec ich problemy – uważa Artur Filipek ze szkoły podstawowej w Swarzędzu.
W 2015 r. na telefon zaufania dla dzieci i młodzieży dzwoniło każdego dnia od dwóch do trzech osób poniżej 18. roku życia, które mówiły o myślach i próbach samobójczych. Rok później było ich już 5–6, w 2017 r. – 8, w 2018 r. – 14. W tym roku liczba ta wzrosła do 17. To pokazuje dynamikę i skalę problemu, który – według Lucyny Kicińskiej, koordynatorki telefonu zaufania 116 111 z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę – jest w kraju niedoszacowany.
– Liczba prób samobójczych podawanych przez policję to wierzchołek góry lodowej. Funkcjonariusze rejestrują tylko te zdarzenia, w których istnieje podejrzenie o nakłonieniu do samobójstwa lub udziale osoby trzeciej. Tymczasem jest wiele takich, w których dzieci się nie przyznają do tego lub w ogóle nie informują o swoich planach – mówi, dodając, że WHO zaleca, by każdą próbę samobójczą dziecka mnożyć od 100 do 200 razy.
– Zrobiliśmy badania wśród młodzieży w wieku 11–17 lat. Okazało się, że 7 proc. uczestników jest po próbie samobójczej. To oznacza, że w klasie 28-osobowej dwoje dzieci próbowało targnąć się na swoje życie – wyjaśnia Lucyna Kicińska.
Osoba borykająca się z problemem najczęściej nie otrzymuje pomocy. Od dorosłych, których informuje o przemocy rówieśniczej czy nieśmiałości, słyszy: „nie przejmuj się”, „dasz sobie radę”. W ten sposób zostawia się dzieci samym sobie. A ponieważ nie potrafią poradzić sobie z problemem, próbują popełnić samobójstwo – dodaje.
Z badania Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę na temat tego, jak doświadczenia negatywne wpływają na podejmowanie działań ryzykownych, wynika, że przemoc rówieśnicza siedem razy zwiększa ryzyko podjęcia decyzji o próbie samobójczej. A przemocy rówieśniczej doznaje 6 na 10 dzieci.
Zdaniem specjalistów reforma szkolna z pewnością nie pomogła dzieciom. – One też czują złość i stres nauczycieli oraz rodziców związany ze zmianami w szkole – przyznaje jeden z pedagogów. I dodaje, że uczniowie są też bardzo zmęczeni. – Czują nacisk rodziców na wybór dobrej szkoły, a z drugiej strony znaleźli się w sytuacji, w której zmieniono im tok nauki, dorzucono nowe przedmioty i jeszcze w tym roczniku zafundowano sytuację, w której będą musieli konkurować o miejsca w szkołach ponadgimnazjalnych z kolegami z ostatnich klas gimnazjum. Do tego pierwszy rocznik reformy musiał w tym roku podejść do egzaminu w zupełnie nowej formule – mówi psychoterapeutka, która pracuje jako pedagog szkolny w jednej z warszawskich szkół. – Prowadzę lekcje doradztwa zawodowego, które weszło do podstawówek, i zazwyczaj są na pierwszej lub ostatniej lekcji. Widzę, jak bardzo dzieci są zmęczone – mówi.
Potwierdzeniem tego, że nie dzieje się dobrze, są również dane policyjne: wraz z reformą wzrosła przestępczość w szkole. W 2018 r. w podstawówkach było 3,1 tys. przestępstw, o 900 więcej niż rok wcześniej.
To efekt uboczny likwidacji gimnazjów i powiększenia szkół podstawowych z sześciu do ośmiu klas. I nie jest to rezultat zmiany mentalnościowej, tylko tego, że w placówkach jest więcej dzieci. A więc i sytuacji przemocowych.
– Ścisk, tłok w szkołach występuje od co najmniej dekady. Od 2014 r., czyli od ostatniej kontroli NIK, która wykazała problemy z opieką psychologiczną w placówkach, nic się nie zmieniło w aspekcie dostępu do psychologów. Od 10–15 lat szkoły nie realizują też swoich podstawowych obowiązków, skupiają się tylko na roli dydaktycznej, pomijając cel edukacyjny, profilaktyczny i opiekuńczy. Tak się dzieje, bo na dydaktyce skupiają się ministrowie edukacji oraz dyrektorzy szkół, którzy dążą głównie do tego, by ich placówka była najlepsza w rankingach – dodaje Lucyna Kicińska.
Efektem jest brak psychologów i pedagogów w szkołach. Nie ma ich w 44 proc. placówek. Brakuje też nauczycieli wspomagających dla dzieci z problemami. A tych przybywa.
Pedagodzy szkolni przyznają, że do ich gabinetów przychodzą dzieci z wątpliwościami. – Nie ma przerwy, żeby nie było kilku uczniów, którzy albo mają jakieś kłopoty, albo po prostu chcą porozmawiać – mówi pedagog z jednej z warszawskich podstawówek. – Obok kłopotów rodzinnych głównym tematem są relacje z kolegami. Ostatnio ze zdjęcia z jednej z dziewczynek zrobiono mema, a potem założono grupę pod tytułem „śmierdząca Basia”. Dla uczennicy to dramat. Ale takich sytuacji, gdzie ktoś zostanie wykluczony z grupy na Messengerze, ktoś oznaczy go na zdjęciu lub podpisze wulgarnymi tekstami, jest całe mnóstwo. Ciągle musimy rozwiązywać takie sprawy – mówi Artur Filipek z szkoły w Swarzędzu.
I dodaje, że pojawił się jeszcze jeden motyw: otyłość.
– Zwiększa się liczba dzieci, które mają kłopoty z wagą. Padają ofiarą bardzo niewybrednych zaczepek, hejtu w internecie ze strony kolegów – opowiada pedagog. I dodaje, że bardzo często dzieci mówią o myślach samobójczych.
Jego zdaniem pedagogów brakuje, a nauczyciele – szczególnie ci młodzi – słabiej radzą sobie ze stroną wychowawczą, co staje się problemem szkoły.
Szwankuje też pomoc psychiatryczna dla dzieci. Brakuje specjalistów. Zresztą dzieci najczęściej od razu trafiają do szpitala. O ile jest miejsce. Zmiany w opiece psychiatrycznej dla dzieci i młodzieży, które miały ruszyć od września tego roku, stanęły pod znakiem zapytania. Nic nie wskazuje, żeby mogło szybko dojść do poprawy. Tymczasem samobójstwa to główna przyczyna zgonów dzieci do 18. roku życia.