- To nie jest pierwsza akcja strajkowa w ostatnich latach. Było ich kilka "za poprzedniej władzy" - w roku 2013, 2014 i 2015. Nauczyciele protestowali też w bardzo trudnym roku szkolnym 2016/2017 - w przededniu wprowadzenia w życie reformy Anny Zalewskiej. Tamte protesty miały jednak niewielką skalę i były w ostatniej chwili skutecznie tłumione przez władze oświatowe. Dziś sytuacja wygląda o wiele poważniej. Szkolne społeczności zwarły szeregi - przeciwnicy akcji strajkowej są w wyraźnej mniejszości. Chyba po raz pierwszy w Polsce nauczycielski protest ma szanse przybrać masowy charakter i objąć wszystkie typy placówek – mówi Monika Nyka, NIE dla chaosu w szkole.

Tegoroczny protest jest wyjątkowy z kilku względów. Przede wszystkim chodzi o jego skalę. Ze szczątkowych informacji przekazywanych przez Związek Nauczycielstwa Polskiego i danych zbieranych przez inicjatywę „NIE dla chaosu w szkole” wynika, że do protestu przystąpi nawet 90 proc. szkół i nauczycieli >>>>. „Za” strajkiem opowiadają się także szkoły, w których jeszcze niedawno uczyli przedstawiciele ministerstwa (w tym liceum Anny Zalewskiej i jej zastępcy Macieja Kopcia) oraz rządu. Przede wszystkim jednak po raz pierwszy w historii, strajk jest inicjatywą oddolną. Nauczyciele od miesięcy organizują się wokół inicjatyw zawiązywanych przez internet: wspomnianego już „NIE dla chaosu w szkole” oraz Protestu z wykrzyknikiem. - Obecnie to my oddolnie mobilizujemy Związki, nie na odwrót – słyszę z ust tych drugich, którzy w całości chcą pozostać anonimowi.

Nauczyciele jednym tchem wymieniają przyczyny strajku: deforma nie reforma, przeładowana podstawa programowa, chaos, buta i samozadowolenie minister Zalewskiej i oczywiście pieniądze.

Reforma edukacji był jednym z głównych postulatów, z jakim do wyborów szło Prawo i Sprawiedliwość. Politycy podkreślali, że przywrócenie ośmioletniej podstawówki i zlikwidowanie gimnazjów pozwoli na podniesienie poziomu edukacji. Od początku rozmów na ten temat nauczyciele, eksperci i samorządowcy podnosili, że nie jest to kluczem do sukcesu. Powoływali się na różnorodne badania i wyliczenia.To jednak nie przekonało MEN. Reforma została wprowadzona w trybie ekspresowym, co nie pozwoliło na uniknięcie błędów, które potęgowały gniew nauczycieli.

Proces wdrażania reformy był monitorowany przez koalicję "Nie dla chaosu w szkole" i opisany w raporcie "Dobra zmiana w edukacji".

Pierwszym problemem, z którym zderzyli się uczniowie i nauczyciele już w 2018 roku były przepełnione szkoły. W wielu miejscach wprowadzono naukę na zmiany, ale bywały szkoły, w których i to nie wystarczyło.

Jak czytamy w raporcie "Dobra zmiana w edukacji": "W Szkole Podstawowej nr 52 przy ulicy Samarytanki na Targówku we wrześniu 2018 została otwarta trzecia już filia tej placówki. Urządzono ją w baraku na trenie dawnego PGR-u. Ze względu na złe warunki po kilku tygodniach wycofano się z tej decyzji, powodując nowe komplikacje w głównym budynku. Kłopoty lokalowe objęły także przedszkola, w których pozostały na kolejny rok sześciolatki, na skutek czego zabrakło miejsc dla trzylatków. W Warszawie w roku 2018 podczas wiosennych zapisów do przedszkoli miejsc nie starczyło dla 2 500 trzylatków. Aby zażegnać kryzys rodzicom proponuje się dowożenie dzieci do innych dzielnic, zdarza się, że oddziały przedszkolne są tworzone w wygaszanych gimnazjach, a nawet jak w Wilanowie na terenie galerii handlowej".

Pracę nauczycieli (a przede wszystkim uczniów) utrudniła zwłaszcza nowa podstawa programowa. „Autorzy próbowali zawrzeć w siódmej i ósmej klasie dużą część z tego, co uczniowie realizowali dotąd przez trzy lata nauki w gimnazjum. Dokładali też dodatkowe treści – szczególnie z języka polskiego i historii, zgodne z wytycznymi MEN. Gdyby to zjawisko dotyczyło jednego, czy dwóch przedmiotów, konsekwencje nie byłyby tak poważne. Powiększenie podstawy równolegle niemal ze wszystkich dziedzin wiedzy było karygodną lekkomyślnością.” – czytamy w raporcie koalicji „Nie dla chaosu w szkole”.

Problemy z realizacją materiału zgłaszali w roku szkolnym 2017/2018 nauczyciele wszystkich przedmiotów pracujący z siódmoklasistami. Zjawisko to analizowano w badaniu
przeprowadzonym na zlecenie Rzecznika Praw Dziecka. Nauczyciele większości przedmiotów deklarowali, że nie są w stanie zrealizować podczas lekcji więcej niż około 60 proc. materiału przewidzianego w podstawie programowej. Pozostałe zagadnienia uczniowie muszą sami opanować w domu. Jest wiele sygnałów, że nauczyciele nie zdążyli w roku szkolnym 2017/2018 zrealizować całego materiału przewidzianego w podstawie.

Nowe podstawy programowe są również niespójne. Na ten element zwracał uwagę Adam Bodnar. W liście do Anny Zalewskiej napisał: „Rzecznik zwracał również uwagę na problemy z programem nauczania: „Inny istotny problem to opracowane podstawy programowe oraz plany nauczania. Do Rzecznika docierają informacje, iż brak jest korelacji pomiędzy starą oraz nową podstawą programową oraz pomiędzy poszczególnymi przedmiotami. Np. pewne działy matematyki przesunięto do liceum, ale ich znajomość jest niezbędna do rozwiązywania zadań z fizyki”.

Szczególnie przeciążeni okazali się uczniowie klas siódmych, którzy każdego szkolnego dnia spędzają od 7 do 10 godzin w ławkach.

Efekty działania nowej podstawy sprawdził Rzecznik Praw Dziecka. Z jego raportu wynika, że nauka siódmoklasistów odbywa się często kosztem snu – 23 proc. uczniów sypia tylko 6 godzin, a kolejne 12 proc. mniej niż sześć. Ponad 60 proc. rodziców kwestionuje ilość zadawanych prac domowych, 46% rodziców twierdzi, że dzieci zrezygnowały z uczestnictwa w zajęciach rozwijających zainteresowania, podając jako główny powód brak czasu. Równocześnie 40 proc. rodziców uważa, że kondycja psychiczna ich dzieci uległa pogorszeniu od września 2017.

Jak piszą w swoim raporcie członkowie koalicji „Nie dla chaosu w szkole” Aby ukryć luki w wiedzy trzech pierwszych roczników kończących ośmioletnią podstawówkę, zdecydowano, że ci uczniowie będą zdawali uproszczony egzamin. Pod koniec ósmej klasy napiszą egzamin z języka polskiego, matematyki i języka obcego, ale nie będą zdawać egzaminu z czwartego przedmiotu do wyboru. Ale efekt reformy jest taki, że – jak wynika z diagnozy CKE – uczniowie klas ósmych na klikanaście tygodni przed egzaminem nie są do niego gotowi >>>>.

Podstawy programowe przygotowane pod kątem reformy edukacji od początku były krytykowane. Przede wszystkim, jak wiele dokumentów powstałych w tej kadencji, były tworzone w olbrzymim pośpiechu. Stąd, jak zaznaczają eksperci, pełno w nich technicznych niedoróbek, błędów merytorycznych, powtórzeń, braku logicznego układu, które wprowadzają do szkół chaos. Zdaniem wielu ekspertów PAN oceniających podstawy kolejnych przedmiotów, proponują one przestarzałe treści kształcenia. Prof. dr hab. Dorota Klus-Stańska, przewodnicząca Zespołu Dydaktyki przy Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN w uwagach do Podstawy programowej kształcenia ogólnego dla szkoły podstawowej pisze wręcz: "Nie wydaje się, by Autorzy projektu znali zasady konstruowania programów, a tym bardziej, by mieli świadomość istniejących na świecie podejść do konceptualizacji formy, struktury i treści takich dokumentów. W efekcie otrzymaliśmy wytwór niskiej jakości”, a Rada Języka Polskiego przy PAN napisała: „Obecna wersja programu nie może być bowiem nazywana podstawą programową i powinna zostać gruntownie zmieniona".

Wreszcie podstawa była szeroko krytykowana za to, jakie treści przedstawia dzieciom: premiuje bierność i narzuca jedną wizję świata >>> :

W Podstawie słowo szacunek pojawia się 51 razy zazwyczaj w odniesieniu do okazywania szacunku innym, tradycji, symbolom, dobrom materialnym i przyrodzie itd., ale odwaga już tylko 2 razy, sprzeciw ani razu, określenie nie zgadza się z opiniami 4 razy, a opór dotyczy wyłącznie oporu wody i przewodnika. O doświadczaniu i odkrywaniu własnej wolności mowa jest wyłącznie w celach etyki (tu wątki wolnościowe są mocno podkreślone; dziękuję za to Autorom projektu tego przedmiotu). Dzieci uczą się pisania przeproszenia, ale już nie zażalenia. Jest zatem jasne, jak moralnie ma być ukształtowany absolwent szkoły podstawowej.

- wylicza prof. Klus-Stańska

I na koniec podwyżki. Nauczyciele chcą zarabiać więcej, bo – jak mówią – czują się wykluczeni z sukcesu materialnego polskiego społeczeństwa. Ich wynagrodzenia od lat rozjeżdżają się nie tylko z wysokością średniej krajowej, ale także z coraz szybciej podnoszonym wynagrodzeniem minimalnym. Średnie wynagrodzenie w styczniu 2016 roku wynosiło 4101 zł brutto, trzy lata później jest to 4932 zł brutto. W styczniu 2015 roku, czyli przed wyborami wygranymi przez Prawo i Sprawiedliwość minimalne wynagrodzenie za pracę wynosiło 1750 zł brutto. Kolejne podwyżki wdrażane przez rząd Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego wynosiły 100, 150, 100 i 150 zł brutto. W efekcie dziś najniższe wynagrodzenie to 2250 zł brutto. Nauczycielska pensja w odniesieniu do tych kwot systematycznie maleje. – Jeśli ktoś z nauczycieli nie jest związany z lepiej zarabiającym partnerem ma wybór między klepaniem biedy a niekończącą się pracą na korepetycjach/dodatkowych zajęciach (oba rozwiązania kosztem rodziny) – słyszę z ust członków Protestu z wykrzyknikiem.

Ale to nie koniec. Z jednej strony nauczyciele nie mogą już słuchać o tym, że zarabiają 5 tys. zł miesięcznie, a z drugiej – o wysokości otrzymanych już podwyżek. Ministerstwo Edukacji Narodowej, a za nim część rządu – jak wyjaśniał ZNP – posługują się średnim wynagrodzeniem, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jest to konstrukcja prawna, która uwzględnia wszystkie możliwe dodatki, jakie za swoją pracę może dostać nauczyciel. Wliczane są w nią również te, które nauczyciel otrzymuje raz w życiu – jak np. odprawa emerytalna. Rzeczywistość swoich wynagrodzeń pokazują więc od miesięcy publikując paski z wynagrodzeniami. Z drugiej, co również wyliczał ZNP, wysokości podwyżek, o których informuje MEN mijają się z prawdą. Zostały bowiem w dużej mierze sfinansowane ze zlikwidowanych dodatków, a także z wydłużenia ścieżki awansu zawodowego. Zdaniem ZNP z ogłoszonej pięcioprocentowej podwyżki w 2018 roku realnie zostało 1,45 proc.

Tak duży strajk jest możliwy tylko dzięki cichemu poparciu dyrektorów szkół (choć to z nimi nauczyciele musieli wejść w spór zbiorowym, by móc legalnie strajkować) i samorządów. Ci ostatni również mają duże powody do niezadowolenia. Reforma edukacji miała być bowiem bezkosztowa. Eksperci szacują jednak, że na jej przeprowadzenie wydano nawet 1,5 mld złotych. Dopiero pod naciskiem samorządów i na podstawie ich wyliczeń MEN w ramach rezerwy w wysokości 0,4 proc. subwencji oświatowej na rok 2017 wyodrębniło 160 mln zł na zadania dotyczące skutków reformy edukacji. Dofinansowaniem objęto samodzielne gimnazja oraz gimnazja w zespołach szkół ze szkołami ponadgimnazjalnymi, które od 1 września 2017 r. przekształcane będą w podstawówki.

Te pieniądze okazały się jednak niewystarczające. Koszty reformy były znacznie wyższe i obciążyły organy prowadzące. Jak wyliczają członkowie koalicji "Nie dla chaosu  szkole" n a dostosowanie budynków szkolnych do reformy Warszawa otrzymała od państwa ok. 3,5 miliona zł, a wydała 15 razy więcej - 52,6 miliona złotych.

Dodatkowych nakładów wymagają odprawy dla nauczycieli i dyrektorów wypłacane w związku z utratą przez nich pracy w likwidowanych gimnazjach. W Warszawie na początku wprowadzania reformy samorząd musiał na ten cel przeznaczyć prawie 2 miliony złotych. Ale z pracą nauczycieli jest jeszcze jeden problem. Po reformie nauczyciele takich przedmiotów jak fizyka, chemia, biologia czy język niemiecki, aby uzbierać etat muszą łączyć pracę w kilku gminach. Te z kolei mają problem, by znaleźć nauczyciela, który przyjedzie do nich na dwie godziny zajęć >>>>.

Zdecydowanie wzrosła też liczba nauczycieli odchodzących na wcześniejsze emerytury. Gdy Anna Zalewska obejmowała swój urząd na świadczenia kompensacyjnych było 4500 nauczycieli. W maju 2018 liczba wypłacanych świadczeń kompensacyjnych sięgała już 10 000. Wydatki z tego tytułu wzrosły z 95 mln do ponad 200 mln zł. >>>>