Na kierunki nauczycielskie przyjmowanych jest coraz więcej najsłabszych maturzystów, a programy kształcenia przyszłych wychowawców młodzieży nie były aktualizowane od lat. Konsekwentnie pracujemy na to, by siedzieć w oślej ławce innowacyjnego świata.
Jedną czwartą swojej pensji wydaję na psychotropy. Mam już dość tego durnego zajęcia, szkoły, rozwydrzonych dzieciaków i ich skretyniałych rodziców. Dyrektorki i jej grona lizodu…” – perorowała Anna, trzydziesto paroletnia nauczycielka w szkole podstawowej, wymachując przy tym energicznie rękami. Jak mówi, za każdym razem, kiedy na jej konto wpływa miesięczne uposażenie w wysokości 2,2 tys. zł, czuje się upokorzona. Dziś ekspedientki w sklepach zarabiają więcej, a – powiedzmy sobie szczerze – ich odpowiedzialność oraz społeczne wobec nich oczekiwania są dużo mniejsze.
Anna jest nauczycielem mianowanym, przepracowała przy tablicy osiem lat i coraz bardziej przepełnia ją frustracja, poczucie, że zmarnowała życie. Ale zawodu nie zamierza zmieniać, bo już się przyzwyczaiła, ceni sobie sporą ilość wolnego czasu i to, że jest na tzw. bezpiecznej umowie – mianowanego belfra bardzo trudno zwolnić. Nie musi się już więc starać tak, jak ci, którzy są przed egzaminem. Nauczyła się wykorzystywać, żeby nie powiedzieć – sabotować – system. Robi dokładnie tyle, ile musi, chętnie korzysta ze zwolnień lekarskich, zamierza też wziąć roczny urlop na poratowanie zdrowia. Nie, nie symuluje choroby – leczy się na depresję, która – według lekarzy – jest w dużej mierze spowodowana brakiem satysfakcji z wykonywanej pracy i wynikającym z tego stresem.
Anna jest prawdziwą osobą, nie wymyśloną na potrzeby tego tekstu metabohaterką. Jest zarazem doskonałym – i spełniającym wymogi badań statystycznych – przykładem na to, dlaczego mamy taką, a nie inną szkołę oraz nauczycieli.
Anna nie marzyła o tym, aby zostać nauczycielką. Nie była zresztą pewna, co chciałaby robić w życiu. Jej osiągnięcia edukacyjne mieściły się w średniej strefie stanów średnich. Żadna korpo, żadna służba specjalna się o nią nie ubiegała. Nie miała sprecyzowanych zainteresowań. Zanim zatrudniła się w szkole, próbowała sił w innych zawodach. Nic ją szczególnie nie zainteresowało, była zmęczona wysokimi wymaganiami i czasochłonnością wykonywanych zajęć. Etat w szkole trafił się przypadkiem. Wzięła go z wygody. Wyszła za mąż, zaszła w ciążę, urodziła dziecko, a praca w szkole ma przecież wiele organizacyjnych zalet: niskie pensum godzinowe, długie wakacje. Stwarza możliwość godzenia udanego życia rodzinnego z zawodowym. Mąż zarabia nieźle, więc stwierdziła, że – summa summarum – belferka jej się opłaca.
Nie, żeby Anna była jakimś leniem. Jest w stanie sprężyć się, ogarnąć, czego przykładem był czas, gdy przygotowywała się do egzaminu na nauczyciela mianowanego. To trudny okres, trzeba się wykazać. Uczestniczyła więc w życiu szkoły, prowadziła jakieś kółka, brała zastępstwa za kolegów. Wykazywała chęć dokształcania się, co ją zresztą sporo kosztowało, gdyż prowadząca szkołę gmina nie jest zbyt chętna do tego, aby inwestować w nauczycieli i dopłacać do ich doskonalenia zawodowego. Teraz będzie mogła sobie to wszystko odpuścić i działać na pół gwizdka.
Anna nie jest wyjątkiem. Wynika to jasno ze statystyk zawartych w świeżutkim raporcie NIK na temat przygotowania do zawodu nauczyciela – pedagodzy, którzy osiągnęli awans w postaci tytułu nauczyciela mianowanego, przestają się starać.
W tymże raporcie zamieszczono zdanie, które rządzący – obecni i przyszli – powinni sobie wypisać henną na dłoniach, ku pamięci: na kierunki nauczycielskie przyjmowanych jest coraz więcej najsłabszych maturzystów, a programy kształcenia przyszłych wychowawców młodzieży są od lat nieaktualizowane. Można się więc spodziewać, że młodsze koleżanki i koledzy Anny będą jeszcze mniej zmotywowani, kreatywni, w jeszcze mniejszym stopniu będą potrafili przekazywać wiedzę i zachęcać do twórczego, samodzielnego myślenia następne pokolenia Polaków. Dlatego te wszystkie mantry polityków o innowacyjności możemy włożyć między bajki. O tym, że już obecnie nauczyciele karzą uczniów za próby samodzielnego myślenia, możemy przeczytać w zeszłorocznym raporcie Instytutu Badań Edukacyjnych (IBN) pt. „Dynamika przemian w edukacji i diagnoza problemów do rozwiązania”. Także w tym opracowaniu analitycy zauważają, że rekrutacja do zawodu wciąż dokonywana jest metodą negatywną. A to oznacza, że nauczać i wychowywać nasze dzieci decydują się nie ci najlepsi z najlepszych (no, poza jakimiś ekstremalnymi, zorientowanymi ideowo wyjątkami), ale osobniki przeciętne, niezdecydowane, pozbawione głębszych zainteresowań.
Dziennik Gazeta Prawna
Ale przepraszam, za 2,2 tys. zł miesięcznie, a raczej mniej, bo przecież świeżo upieczony nauczyciel na rękę tyle nie dostanie – kogo się spodziewamy? Bo chyba nie Edisonów i Jobsów, którzy zamiast pracować dla prestiżowych instytucji albo Google’a, Tesli czy Apple'a, wybiorą trwanie przy tablicy naprzeciw kilkudziesięciu niezsocjalizowanych ludzkich istnień, by z wielką cierpliwością wbijać im do głów tabliczkę mnożenia? A potem będą użerać się z rodzicami swoich podopiecznych, którzy będą ich dręczyć, szykanować i wysuwać różne absurdalne żądania. Co może dziś nauczyciel? Tylko ciepło się uśmiechać, wiedząc, że dziś ojciec i matka i tak zawsze mają rację. Przez trzydzieści lat majstrowania przy oświacie tak się porobiło, że nawet najbardziej roszczeniowy i niesprawiedliwy w swych ocenach rodzic jest świętą krową. Belfrzy w przypadku ewentualnego konfliktu nie mogą liczyć na wsparcie dyrekcji, bo przecież rodzic – niczym awanturujący się klient – może poskarżyć się do gminy. Gmina, rzecz jasna, nie życzy sobie niezadowolonych z oświaty obywateli – ich gniew może przełożyć się na wyniki wyborów samorządowych. Dyrektorzy szkół o tym wiedzą, nie chcą podpadać włodarzom, od których zależą ich stołki. W ramach decentralizacji i odpolityczniania szkoły osiągnięto to, że funkcja dyrektora jest dziś stricte polityczna – często pełnią ją nie najlepsi nauczyciele i sprawni menedżerowie, ale ci, którzy potrafią się, tak to nazwijmy, ułożyć.
Wiele w ostatnich dniach, przy okazji rozpoczęcia nowego roku szkolnego, padło słów o misji i odpowiedzialności pedagogów, o wychowywaniu młodzieży, niesieniu kaganka oświaty itp. Skończmy z tą hipokryzją. Jeśli jakaś instytucja chce zatrudnić dobrych fachowców, to wie, że będzie musiała im dobrze zapłacić. A kandydatów do pracy poddaje starannej selekcji. Absolwent Wyższej Szkoły Wszystkiego i Niczego z Kaczego Dołu marne ma szanse na zostanie prezesem zarządu dużej firmy. A to właśnie takie uczelnie „kształcą” tych, którym powierzamy na kilka godzin dziennie nasze dzieci. Rząd PiS miał się zająć tą sprawą – ale założę się, że nie kiwnie palcem. Jak poprzednie. I jak poprzednie będzie wolał się układać ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego, targując się o 10 zł kolejnego dodatku. A Polska będzie siedzieć – jak dotąd – w innowacyjnej oślej ławce.