Prace nad reformą szkolnictwa wyższego przygotowaną przez MNiSW są już na finiszu. Obecnie projekt znajduje się w Sejmie. Zapytaliśmy dziekanów, których wydziały uplasowały się w czołówce naszego rankingu, o to, jak zaproponowane rozwiązania wpłyną na uczelnie wyższe i ich autonomię. Poprosiliśmy także o wskazanie pozytywnych i najmniej trafionych regulacji.
Reklama

Prof. Jerzy Pisuliński dziekan Wydziału Prawa i Administracji UJ: Trudno jednoznacznie ocenić projekt ustawy o szkolnictwie wyższym i nauce. Jej kształt nie jest bowiem ostatecznie znany. Na pewno krytycznie odnoszę się do trybu prac nad tym aktem w Sejmie i bardzo krótkiego okresu vacatio legis (ustawa ma zacząć obowiązywać już od 1 października 2018 r.). Z tego powodu uważam za błąd decyzję o likwidacji wydziałów, gdyż przygotowanie nowej struktury uczelni wymaga czasu.

Chociaż projekt ustawy był długo konsultowany, budzi niestety bardzo poważne zastrzeżenia pod względem prawnym, w tym legislacyjnym. Jego twórcy nie przywiązywali niestety należytej wagi do precyzji projektowanych przepisów. Pozostali też głusi na zgłaszane krytyczne uwagi w tym zakresie (np. brak jest słowniczka terminów ustawowych).

Niepokój rodzi także duża liczba upoważnień do wydawania aktów wykonawczych przez ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Przy bardzo ogólnych i niedostatecznie precyzyjnych kryteriach ustawowych stwarza obawy, że o ostatecznym kształcie reformy będą decydowały akty podustawowe, które nie były konsultowane ze środowiskiem naukowym. Również na ten aspekt zwracano uwagę w opiniach BAS.

Pomimo deklarowanej w art. 3 autonomii szkół wyższych jej zakres będzie zróżnicowany w zależności od posiadanej kategorii naukowej. Największą niezależnością cieszyć się będą najlepsze uczelnie akademickie (np. tylko one będą mogły kształcić doktorantów), a znacznie mniejszą szkoły słabsze (np. będą musiały uzyskiwać pozwolenie ministra na utworzenie studiów).

Niewątpliwie do zwiększenia autonomii przyczyni się zmiana zasad finansowania publicznych uczelni akademickich. Chodzi o przyznawanie jednej subwencji, obejmującej środki na działalność dydaktyczną i utrzymanie potencjału badawczego. To sama akademia będzie decydowała o jej podziale między poszczególne jednostki i sposobie wykorzystania na określone w ustawie cele.

Za największy błąd ustawy uważam natomiast forsowanie jednolitych rozwiązań bez względu na dyscyplinę naukową i wielkość szkoły wyższej (była to wada również wcześniejszych reform). Przykładowo senat, w skład którego nie będą wchodzić przedstawiciele wszystkich dyscyplin, mający w swoim składzie studentów, ma decydować o przyznawaniu stopni naukowych (obecnie w tych sprawach decyduje rada wydziału w wąskim składzie, złożonym tylko z samodzielnych pracowników naukowych). W dużych uczelniach, jak UJ czy UW, organ ten musiałby się zbierać zapewne kilka razy w miesiącu tylko po to, aby zrealizować ten obowiązek (tylko na WPiA UJ stopień doktora uzyskało w 2017 r. prawie 40 osób).

Wzmocnienie pozycji rektora kosztem ciał kolegialnych powinno przyczynić się do lepszego zarządzania i przyspieszyć proces podejmowania decyzji. Jednak może też wywołać negatywny skutek. Chodzi o zwiększenie podległości wobec rektora kierowników jednostek, których będzie można łatwiej odwołać. W efekcie mogą czuć się skrępowani przy podejmowaniu decyzji.

Plusem jest na pewno przyznanie prawa do nadawania stopni naukowych uczelniom, które w danej dyscyplinie prowadzą badania na najwyższym poziomie.

Pozytywnie oceniam także ograniczenie uprawnień do promowania doktorantów osobom, które nie wywiązują się należycie z obowiązków promotora (np. dopuszczają do obrony słabą rozprawę doktorską, która zostaje negatywnie oceniona przez recenzentów).

Dobrą stroną reformy jest również poszerzenie kar dyscyplinarnych wobec nauczycieli akademickich i wprowadzenie instytucji mediacji. Szkoda tylko, że projekt wyklucza powierzenie jej zawodowym mediatorom, jeżeli nie są nauczycielami akademickimi.

Prof. Tomasz Giaro dziekan Wydziału Prawa i Administracji UW: Zamęt pojęciowy ustawy przerodzi się w realny chaos na uniwersytetach. Segregowanie uczelni w oparciu o kategorie naukowe i uzależnianie od nich prawa do prowadzenia szkół doktorskich (art. 199) lub habilitowania (art. 218) to niechybny znak, że jesteśmy na naukowych peryferiach, gdzie upadły tradycyjny porządek i hierarchia.

Ustawa dopuszcza uzyskanie stanowiska profesora bez habilitacji, a także habilitacji bez rozprawy (art. 219). Zgodnie z projektem dobrze ją mieć, lecz bez zadawania sobie nadmiernej fatygi. Już reforma Barbary Kudryckiej zaczęła podkopywać rolę habilitacji. To zły kierunek.

Segregacji podlegają też studenci, gdyż nie można łączyć studiów stacjonarnych i niestacjonarnych (art. 63), tak jakby nauka we wspólnych grupach była czymś zdrożnym.

Na plus wyróżniłbym grupę regulacji poświęconą pracy „ludzi nauki” w organach bezpieczeństwa w okresie do 31 lipca 1990 r. Jednak tylko dlatego, że ustawodawca się nią w ogóle zajął. Według ustawy współpracownik tych organów nie może być członkiem rady uczelni, Rady Doskonałości Naukowej ani profesorem tytularnym. Z rady wydziału nie musi ustępować, bo jej już nie będzie.

Z kolei najgorzej oceniam pomysł faktycznej likwidacji wydziałów, których rady i dziekani przestają istnieć jako ustawowe organy uczelni (art. 17). Wydziały są podstawą uniwersytetów. To na nich prowadzone są przecież realne badania i nauczanie. Tylko one wytwarzają atmosferę nauki, sprzyjającą powstawaniu i rozwojowi talentów. Natomiast przekazanie uprawnienia do nadawania stopni naukowych z rad wydziałów na senat nie przyniesie żadnych korzyści, a wzmocni tylko walkę o dostęp do ucha senatorów, rektorów i członków rad uczelni.

Podobnie bezsensowne jak przeprowadzanie procedur awansowych jest planowanie strategii dyscyplin naukowych nie na wydziałach, lecz na szczeblu rektorskim.

Autonomia przysługuje szkołom wyższym z mocy naszej konstytucji (art. 70 ust. 5 ustawy zasadniczej), w praktyce bywa jednak odnoszona do różnych aktorów systemu nauki. Rektorzy polskich szkół akademickich nie znali jeszcze dokładnie treści ustawy, a już reformę Jarosława Gowina bezwarunkowo poparli. Dlaczego? Wzmacnia ona bowiem niewątpliwie autonomię rektora zarówno wobec społeczności akademickiej własnej uczelni, jak i w stosunku do ministra nauki. To jedna perspektywa. Druga jest jeszcze mniej pozytywna. Reforma osłabia bowiem niezależność społeczności akademickiej – tak względem rektora, jak i ministra. Dostatecznie wymowna jest przecież likwidacja wydziałów uniwersytetu wraz z radami, jako tradycyjnej opoki autonomii uniwersyteckiej.

Dr Mieczysław Błoński dziekan Wydziału Prawa i Administracji Uczelni Łazarskiego: Pomysł stworzenia Konstytucji dla nauki uważam za niezwykle ważny. To dobra okazja, żeby uczelnie i wydziały wyzwoliły się z niekiedy krępującego gorsetu, w wielu aspektach ograniczającego ich swobodę i niepozwalającego na szybkie dochodzenie do krajowej i międzynarodowej czołówki. Bardzo dobrze się stało, że powstaje ustawa 2.0. Jak to się jednak często zdarza w przypadku aktów prawnych, rzecz rozbija się o szczegóły.

Pewne rozwiązania zawarte w projekcie będą szczególnie korzystne dla pracowników uczelni. Utworzenie nowej ścieżki kariery dla wyróżniających się dydaktyków, zniesienie obowiązkowej habilitacji i ułatwiony proces jej uzyskiwania przez wybitnych uczonych wyzwolą aktywność najlepszych pracowników akademickich średniego szczebla, co powinno prowadzić do szybkiego rozwoju uczelni i nauki.

W tym samym kierunku wydają się iść zapisy dotyczące doktorantów i młodych naukowców. Na naszym wydziale od 2006 r. możemy nadawać stopnie doktora w dyscyplinie prawo, a od 2016 r. mamy także uprawnienia do nadawania habilitacji, dlatego szczególnie uważnie śledzimy zmiany przepisów w tym zakresie. Nowy model kształcenia doktorantów (szkoły doktorskie), stypendia i urlopy dla nich, rozwiązania mające podnieść jakość rozpraw doktorskich i nowe zasady przyznawania uprawnień do nadawania stopni naukowych (co prawda ostatnio nieco poluzowane) prawdopodobnie zwiększą dopływ najlepiej przygotowanych młodych badaczy do kadry akademickiej.

Także rady uczelni to interesujące rozwiązanie. Wiele najlepszych szkół prywatnych ma w swoich strukturach podobne organy, więc zmiany w tym aspekcie są dla nas mniej radykalne. W Uczelni Łazarskiego Board of Trustees działa od 2007 r. Jest to organ doradczy w sprawach zarządzania i organizacji oraz decyzyjny w zakresie strategii rozwoju. Jego członkami są m.in. prawnicy, biznesmeni i menadżerowie wysokiego szczebla z Polski i z zagranicy. Są to osoby, które zwracają uwagę na innowacyjność i wskazują potencjalne obszary współpracy nauki z biznesem, dla obopólnych korzyści.

Za niekorzystne uważam natomiast przewidziane w ustawie 2.0 osłabienie znaczenia wydziałów na rzecz całych uczelni. Gdyby nasz Wydział Prawa i Administracji funkcjonował pod rządami nowej ustawy, nie mógłby prawdopodobnie realizować tak odważnych pomysłów i nie doszedłby w takim tempie do wszystkich swoich sukcesów.

Reforma to szansa na wzmocnienie uczelni. Będą one jednakże silniejsze dopiero wtedy, gdy zdecydowanie zwiększą swobodę działania swoich wydziałów i ich pracowników (oraz studentów), którzy chcą angażować się w innowacyjne pomysły.

Prof. Czesław Kłak dziekan Kolegium Prawa i Bezpieczeństwa WSPiA Rzeszowska Szkoła Wyższa: Uznaję potrzebę reformy nauki i szkolnictwa wyższego i podzielam założenia leżące u podstaw Konstytucji dla nauki, w tym podniesienie jakości kształcenia i prowadzenia badań naukowych, ale uważam, że celów tych projekt nie realizuje.

Nie znajdują się w nim bowiem przepisy, które np. wprowadziłyby standaryzację nauczania, poprzez wyraźne określenie minimów niezbędnych do zrealizowania na danym kierunku studiów, z uwzględnieniem poziomu kształcenia.

Obecnie istnieją uczelnie, które kształcą młodych ludzi, nie mając do tego odpowiedniej bazy dydaktycznej i kadry, zaś proponowane przez nie zajęcia nie przygotowują do wykonywania danego zawodu. Projekt ustawy 2.0 nie tylko tego nie zmienia, ale daje jeszcze większą możliwość prowadzenia przez takie podmioty kierunków studiów bez niezbędnej kadry. Wynika to np. z likwidacji obowiązujących wymogów odnośnie do minimum kadrowego. Z kolei badania naukowe zamiast być domeną niezależnych uczonych, staną się obszarem kontrolowanym przez państwo, które finansować będzie tylko te, które uzna za odpowiednie. Nie ma to nic wspólnego z wolnością badań, chociażby ze względu na znaczną uznaniowość przy podejmowaniu decyzji w tym zakresie.

Niewłaściwe jest też stworzenie możliwości zatrudnienia na stanowisku profesora uczelni osoby bez żadnego dorobku naukowego. To musi negatywnie rzutować na stan kadry naukowej w Polsce.

Konstytucję dla nauki cechuje też słaby poziom legislacji. Przykładowo nie zawiera ona wyodrębnionych definicji legalnych, przez co nie wyjaśniono, co należy rozumieć przez poszczególne pojęcia.

W moim przekonaniu projekt ustawy 2.0 nie służy również autonomii uczelni publicznych, chociażby ze względu na proponowane pojawienie się nowego organu – rady uczelni, który będzie w zasadzie zewnętrznym gremium mającym istotny wpływ na funkcjonowanie szkoły wyższej. Nie o to chodzi w reformie, aby pozbawić środowisko akademickie wpływu na zarządzanie uczelnią. To nie ma nic wspólnego z autonomią.

Generalnie bardzo krytycznie recenzuję cały projekt. Trudno jest mi wskazać jeden przepis, który oceniam pozytywnie, skoro ustawa tworzy całość i negatywna opinia w stosunku do jednych regulacji rzutuje na postrzeganie pozostałych. Tak się składa, że jestem autorem opinii sporządzonej na zlecenie Biura Analiz Sejmowych na temat tego projektu i w niej również wyraziłem taki pogląd.

Prof. Karol Kiczka dziekan Wydziału Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego: Towarzyszące projektowi ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce od początku m.in. stwarzanie pozorów rzetelnej konsultacji ze środowiskiem, ekspresowe tempo prac, a zwłaszcza biegunowa zmienność wielu przepisów zawartych w kolejnych jego wersjach, świadczy jednoznacznie o braku przemyślanej koncepcji reformy w tym obszarze.

Uniwersytety to ludzie, których aktywność zawodowa wkomponowana jest w różne, nierzadko wieloletnie działania (procesy) badawcze czy dydaktyczne, którym nie powinno się narzucać nieprzemyślanej do końca regulacji prawnej. Prowadzone np. badania w ramach kilkuletnich projektów, rozwijane kształcenie studentów na podstawie zawartych, nawet na pięć lat, pisemnych umów czy dokonywane często z wielomiesięcznym, a nawet wieloletnim wyprzedzeniem wybory wydawców monografii wymagają z natury rzeczy odpowiedniego czasu. Zapewne jednak zgodnie z tradycją prawo o szkolnictwie wyższym i nauce zostanie przyjęte w okresie wakacyjnym i z drastycznie krótkim vacatio legis wejdzie w życie.

W projekcie ustawy 2.0. są oczywiście elementy pozytywne. Należą do nich rozwiązania odnoszące się np. do likwidacji minimum kadrowego czy wzmocnienia niektórych praw studentów czy doktorantów.

Widzę jednak także rozwiązania niewłaściwe czy nawet ewidentnie sprzeczne z konstytucją. Przykładowo art. 124 pkt 5 projektu przewiduje wygaśnięcie umowy o pracę z nauczycielem akademickim w przypadku nieprawomocnego orzeczenia kary pozbawienia lub ograniczenia wolności. Natomiast nasza konstytucja stanowi jednoznacznie w art. 42 ust. 3, że „każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu”.

Nie rozumiem też, dlaczego ewaluacja jakości działalności naukowej uczelni (art. 266 i nast.) w przeciwieństwie do indywidulanej okresowej oceny nauczycieli akademickich (art. 128 ust. 3) nie wymaga ustalenia w ustawie i ogłoszenia kryteriów, które będą brane pod uwagę odpowiednio wcześniej.

W mojej ocenie projekt ustawy 2.0. to zagrożenie dla autonomii uczelni. Doprowadzi on do likwidacji podmiotowości wspólnot wydziałowych poprzez nieujęcie w nim wydziałów jako podstawowych jednostek organizacyjnych uczelni. Zapowiedź ich ewentualnego wprowadzenia do nowych statutów szkół wyższych nie zapewni im (wydziałom) dotychczasowego statusu prawnego.

Drugim zagrożeniem jest wprowadzenie nowego organu – rady uczelni. Jego ustanowienie rozmyje odpowiedzialność za sprawy uniwersytetów, wprowadzi czynnik zewnętrzny do gremiów zarządzających szkołami wyższymi i wygeneruje wzrost kosztów ich funkcjonowania, które mogłyby służyć rozwojowi np. badań naukowych.

Projekt buduje także jedynowładztwo rektora, który decyduje niemal o całości życia uczelni.

Dla wielu ważnych dla działalności szkół wyższych spraw w Konstytucji dla nauki niestety miejsca nie znaleziono. Pozostawiono je do decyzji ministra w drodze rozporządzenia. Chodzi np. o ustalenie kryteriów ewaluacji naukowej, listy koncesjonowanych wydawnictw i czasopism oraz ważne sprawy o charakterze finansowym. Jak niebezpieczna dla szkół wyższych jest taka praktyka, pokazuje rozporządzenie z 2016 r., które wprowadziło do algorytmu przyznawania dotacji podstawowej współczynnik dostępności dydaktycznej, który powinien być na poziomie nie większym niż 13 studentów na nauczyciela akademickiego. Spowodowało to znaczne ograniczenia przyjęć na studia – mierzone tysiącami – w uczelniach publicznych.

To wszystko prowadzi do dalszego uzależnienia formalnie autonomicznych uczelni od władzy wykonawczej, w tym zwłaszcza ministra nauki i szkolnictwa wyższego. Autonomia uczelni dotyczy wyłącznie niektórych aspektów jej ustroju wewnętrznego. W obszarze nauki i dydaktyki mamy wręcz do czynienia ze wzrostem mechanizmów centralizacyjnych.