Sami zainteresowani nie cieszą się z tego rozwiązania i nie zamierzają niczego zmieniać. Twierdzą, że póki kodeks pracy nie zabrania zatrudniania na umowach cywilnoprawnych, nauczyciele wciąż będą pracować na zleceniu lub świadczyć usługi jako firma.

Związanie etatem

Przepisy zmuszające do zatrudniania nauczycieli na etat dotyczyć będą też placówek o statucie publicznym, ale prowadzonych przez inne podmioty niż samorządy.

Resort edukacji narodowej tłumaczy, że stabilizacja zatrudnienia przyczyni się do lepszej pracy pedagogów. O takie rozwiązanie zabiegali też związkowcy, którzy uważali, że nauczyciele są wyzyskiwani przez przedsiębiorców zarabiających na oświacie. Właściciele szkół i przedszkoli apelują jednak do Ministerstwa Edukacji Narodowej o złagodzenie tego przepisu i wprowadzenie wyjątków od tej zasady. Straszą, że takie rozwiązanie jest gwoździem do trumny prowadzonej przez nich działalności.

Prawnicy podzielają ich obawy. Wskazują, że przepisy są niejasne i dopiero batalia sądowa może rozstrzygnąć, jak należy interpretować nowy obowiązek. MEN jest jednak nieugięte. Anna Ostrowska, rzecznik ministerstwa, tłumaczy, że związanie nauczyciela z placówką przez etat zwiększy jego zaangażowanie i przyczyni się do podwyższenia jakości kształcenia. Przeciwnicy tego rozwiązania twierdzą, że jego celem jest wygenerowanie dodatkowych etatów, które mają zbilansować i przyćmić zwolnienia wynikające z wygaszania gimnazjów.

Bez wyjątku

Osoby prowadzące przedszkola i szkoły już teraz muszą poszukiwać nauczycieli, np. logopedów, pedagogów, terapeutów, którzy zgodzą się na etat. A właściwie na jego część, bo zajęć w tych placówkach mają często nie więcej niż kilka godzin tygodniowo. Dyrektorzy prywatnych placówek podają przykład doradców zawodowych, którzy w ciągu całego roku z klasą 7 szkoły podstawowej muszą przepracować zaledwie 10 godzin, co w efekcie daje setny ułamek etatu.

– Jest u nas grupa nauczycieli, którzy pracują na zleceniu lub prowadzą działalność gospodarczą. I to im zależy na takiej formie współpracy. Mam na przykład na zleceniu świetnego historyka, który jest wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim, i już wiem, że nie jest zainteresowany etatem, bo musiałby występować o zgodę do swojego pracodawcy – mówi Kazimierz Stankiewicz, wiceprezes spółki Szkoły Marzeń w Piasecznie oraz jej dyrektor zarządzający.

Bez zmian

Część właścicieli prywatnych szkół i przedszkoli chce wraz z nauczycielami zbojkotować nowy wymóg. Niektórzy w rozmowie z DGP przyznają, że nauczyciele, którzy prowadzą firmy lub chcą współpracować na zleceniu, nadal będą tak zatrudniani. Przekonują, że wystarczy wypłacić im pensje z czesnego, a nie np. z dotacji (nie dotyczy to szkół publicznych prowadzonych przez prywatne podmioty). Obawiają się jedynie ewentualnego wykreślenia z gminnego rejestru szkół.

– Nie jest to takie proste. Placówka musiałaby nauczać niezgodnie z przepisami prawa, a w przedszkolach w ogóle taka możliwość nie jest brana pod uwagę – uspokaja prof. Antoni Jeżowski z Instytutu Badań w Oświacie, były nauczyciel, dyrektor szkoły i samorządowiec. I przekonuje, że dopóki nie zostanie zmieniony kodeks pracy, który zakaże zatrudniania na umowach śmieciowych, nauczycieli można w ten sposób zatrudniać.

Kazimierz Stankiewicz przyznaje, że konsultował już z prawnikami pozostawienie niektórych nauczycieli na umowach-zleceniach. I jest przekonany, że może to zrobić.

Firma to przesada

Część ekspertów broni rozwiązania MEN i uważa, że zlecanie nauczania np. języka angielskiego firmie językowej jest nieporozumieniem.

– Dyrektor musi mieć możliwość rozliczania nauczyciela z efektów jego pracy. Jeśli firma językowa przysyła nauczyciela X, który po kilku tygodniach rezygnuje, a w jego miejsce podsyłany jest pracownik Y, to trudno ustalić, kto ponosi odpowiedzialność za słabe wyniki z egzaminu końcowego – wskazuje. – Dlatego nie mam nic przeciwko zatrudnianiu nauczycieli na zleceniu, ale traktować ich jako firmę, która świadczy usługę, jest niewłaściwym rozwiązaniem – dodaje.