Polska jest jedynym krajem w Europie, w którym od lat sączy się uczniom w szkołach neoliberalne ideolo. Zupełnie oficjalnie, a nawet obowiązkowo. Bywa, że wręcz z dumą. Dlatego młodym trzeba podać odtrutkę. Uczyć, jak mają się bronić przed folwarcznymi pracodawcami i jak zakładać związki zawodowe. Robić to należy również oficjalnie, obowiązkowo, a nawet z dumą.
Magazyn 17.11 / Dziennik Gazeta Prawna
Przedsiębiorczość jest w naszym kraju przedmiotem obowiązkowym. Wprowadzono ją do szkół ponadgimnazjalnych (liceum, liceum profilowane, technikum) w roku 2002. Kurs zajmuje 60 godzin, czyli dwa razy w tygodniu przez rok. Z góry zaznaczam, że bez wątpienia w skali kraju znajdzie się kilku wyjątkowych nauczycieli, którzy wykorzystują lekcję przedsiębiorczości do zwiększania wiedzy ekonomicznej młodego pokolenia. Co do zasady sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. Z tego, co mówią o przedsiębiorczości dzieci i nauczyciele oraz z analizy podręczników do tego przedmiotu, wyłania się obraz zajęć z neoliberalnego survivalu. Szkoła średnia zmienia się tam w szkołę przetrwania w warunkach ekstremalnie trudnego polskiego kapitalizmu. Uczeń dowiaduje się na przykład, jak założyć jednoosobową działalność gospodarczą. Będzie jak znalazł, gdy pracodawca oświadczy mu, że nie ma wprawdzie widoków na etat, ale przecież może robić to samo, co etatowi, tyle że na firmę. Będzie nawet lepiej (sic!), bo przebrzydły fiskus nie położy łapy (sic!) na jego ciężko zarobionych pieniądzach (sic! sic! sic!). Sporo czasu zajmują też uczniom sposoby na przypodobanie się pracodawcy. Wszak to on tworzy miejsca pracy i trzeba go oczarować. Zupełnie jak niegdyś ubogie panny na wydaniu musiały wdzięczyć się, uśmiechać i wbijać w ciasne gorsety, żeby zechciał je poślubić któryś z bardziej zamożnych kawalerów. A co potem, to już nieważne.
Reklama

Reklama
Nie pociesza również przegląd podręczników dla nauczycieli. Zrobił to w ubiegłym roku Marcin Wroński i podzielił się wrażeniami z czytelnikami „Krytyki Politycznej”. Chodzi na przykład o „Ciekawych świata” Piotra Krzyszczyka, „Podstawy przedsiębiorczości” Zofii Sepkowskiej albo o książkę Małgorzaty Biernackiej, Jarosława Korby i Zbigniewa Smutka pod tym samym tytułem. Wyłania się z nich obraz zdominowany przez jedynie słuszny dogmat wolnorynkowy. I to od razu w typowej dla III RP wersji radykalnej.
Ocena terapii szokowej? Zazwyczaj o jej negatywnych konsekwencjach nie ma tam nic. W ujęciu serwowanym dzieciom w szkołach plan Balcerowicza stworzył „prawidłowo działające rynki kapitału i pracy”. W innym znów miejscu jedynym negatywnym skutkiem polskiej transformacji była hiperinflacja. „Wygląda na to, że kilka milionów bezrobotnych nie zasłużyło sobie na przesadną uwagę” – krytykuje cierpko autor analizy. I ma świętą rację.
Podatki? Z podręczników można wyczytać, że najdoskonalszą i najbardziej sprawiedliwą ich formą jest podatek liniowy. A już na pewno jest najlepiej dostosowany do potrzeb kraju takiego jak Polska. Jest to opinia oczywiście dość kontrowersyjna. Nauka przedsiębiorczości takich niuansów nie dostrzega, rezygnując w materii podatkowej z wszelkiego pluralizmu, a momentami osuwając się w jawną nieprawdę. Tworzy się u uczniów mgliste przekonanie, że podatki liniowe są europejskim standardem popieranym przez wykształconych i dobrze sytuowanych, czyli ludzi, jakimi pragną się stać. Wbrew faktom, bo przecież w miażdżącej większości krajów rozwiniętych podatki nie są płaskie, tylko progresywne.
W konsekwencji polski eksperyment z nauczaniem podstaw przedsiębiorczości to kuźnia kadr dla przyszłych wyznawców idei ekonomicznego korwinizmu oraz społecznego darwinizmu. Na szczęście zdaje się, że cała wiedza wyniesiona ze szkolnych lekcji wali się jak domek z kart w zetknięciu z rzeczywistością polskiego kapitalizmu. Bo dość szybko okazuje się, że założenie własnej firmy niekoniecznie oznacza wolność i bycie własnym szefem, lecz raczej normalną pracę, tyle że pozbawioną różnorakich zabezpieczeń wynikających z obowiązującego (ale nagminnie łamanego w Polsce) prawa.
Czy z tą nieszczęsną przedsiębiorczością da się coś zrobić? Pewnie można zreformować plan jej nauczania. Wydaje się jednak, że po 15 latach i pewnym skostnieniu nawyków będzie to bardzo trudne. Dużo sensowniej byłoby raczej pomyśleć o odtrutce, jakimś rodzaju antidotum, które zneutralizuje działanie szkodliwego czynnika. A może nawet go po pewnym czasie pokona.
Takie antidotum zostało niedawno wymyślone przez Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. KKHP to stowarzyszenie, które kilka lat temu wyrosło oddolnie ze środowiska polskich uczelni wyższych. Mówiąc umownie, jest to głos młodszego pokolenia polskich akademików, którzy domagają się zdecydowanej korekty neoliberalnego kursu rozwoju Polski. Szczególnie na uczelniach. To właśnie na tej fali urodził się pomysł na „Instrukcję obsługi dla pracowników”, czyli właśnie dla tych, którzy trafiają na polskie uczelnie i zaraz pojawią się na rynku pracy. Wielu zrobi to już w czasie studiów. Tymczasem ich wiedza o realiach pracy w warunkach polskiego kapitalizmu jest zerowa. A nawet gorzej. Często bywa spaczona przez opisane chwile temu lekcje przedsiębiorczości.
„Podstawy przedsiębiorczości uczą działań jednostkowych, indywidualnych. To samo w sobie nam nie przeszkadza, ale zależy nam na upodmiotowieniu pracownika czy pracowniczki także w inny sposób. Chodzi o kogoś, kto z jednej strony ma świadomość swoich praw i je egzekwuje, a z drugiej strony na rynku pracy nie tylko dba o własne interesy, lecz także współpracuje z innymi ludźmi i instytucjami. Ważna jest dla nas współpraca, wspólna organizacja, partycypacja, współtworzenie” – mówiła Agnieszka Zarzyńska z KKHP w rozmowie z magazynem „Kontakt”.
Po co upodmiotawiać młodego pracownika? Czy nie jest tak, że zawsze młodzi najpierw parzyli herbatę, a dopiero potem mogli się zająć czymś sensowniejszym? Liberalno-konserwatywny mainstream uwielbia szermować takimi argumentami. Nie są one jednak prawdziwe. Wiele badań pokazuje bowiem, że pozycja pracownika na rynku jest bezpośrednio związana z okolicznościami, w jakich na niego wchodził. Mówiąc wprost: jeśli twoja pierwsza praca była prekaryjna, niepewna, czasowa i słabo płatna, to statystycznie rzecz biorąc już do końca będziesz o oczko niżej od tych, którzy od początku traktowani byli przez pracodawców z większą godnością. Oczywiście od tej zasady mogą zdarzyć się wyjątki, lecz w swej masie właśnie tak jest. Słaby za młodu, słaby przez całą dorosłą karierę.
Jak to wzmacnianie ma wyglądać w praktyce? Mówi Mateusz Piotrowski z KKHP: – Staramy się zbudować w bezpiecznej przestrzeni takie sytuacje, z którymi studenci naprawdę się spotkają. Na przykład odgrywasz osobę, do której przychodzi szef, i proponuje przejście na samozatrudnienie. Masz wtedy chwilę na zastanowienie i dostajesz kalkulator płacowy, który pokazuje: to są warunki na samozatrudnieniu, to na umowie o pracę, a to na umowie o dzieło. Może dzięki temu w przyszłości łatwiej ci będzie powiedzieć: „Wiesz co, nie zdecyduję się od razu, sprawdzę sobie to wszystko w domu”. I znów – nie namawiamy cię, żebyś wybierał umowę o pracę, tylko dajemy narzędzie pozwalające ci to wszystko świadomie porównać. A jeżeli już wcześniej byłeś w takiej sytuacji, to tym łatwiej będzie ci się zastanowić nad tym, czego tak naprawdę potrzebujesz – i pewnie dojdziesz do zupełnie innych wniosków niż wtedy, gdybyśmy podczas zajęć poprzestawali na poziomie haseł.
Innym ważnym elementem „Instrukcji” jest odczarowanie wśród młodych pojęcia „związek zawodowy”. O tym, że w neoliberalnej III RP zrobiono wiele, by zorganizowana reprezentacja pracownicza kojarzyła się jak najgorzej (partykularyzm, wstecznictwo, warcholstwo), pisałem w tym miejscu wielokrotnie. Nie ma sensu się powtarzać. Trzeba tylko przypomnieć, że związki zawodowe to jedna z niewielu kompatybilnych z kapitalizmem i demokracją form zwiększania pozycji pracy wobec kapitału. A także ważny bezpiecznik ładu społecznego. Wymontowując go z systemu, możemy być pewni, że dojdzie do politycznego tąpnięcia. Prędzej czy później. Jeśli więc w ramach „Instrukcji” udałoby się pokazać młodym, jak skorzystać ze swojego konstytucyjnego prawa do uzwiązkowienia, to byłoby z korzyścią nie tylko dla nich samych, lecz także dla polskiej demokracji i gospodarki. Od lat niezdrowo wychylonej w kierunku pracodawcy.
Na jakim etapie jest antidotum? Od pewnego czasu KKHP oferuje swoje kursy na warszawskich uczelniach w ramach zajęć nieobowiązkowych. Studenci się do tego garną. Projekt jest jednak dopiero w powijakach. Gdyby tylko wyszedł z Warszawy. Albo gdyby stał się obowiązkowy dla wszystkich polskich studentów! Wtedy mielibyśmy wreszcie lek zdolny powstrzymać niszczące działanie wirusa wolnorynkowego dogmatyzmu, który sprowadził na nas dziecięcą chorobę liberalizmu.