Nikt nie zmusi szkoły, by zgodziła się na indywidualne lekcje dla dzieci z problemami psychologiczno-pedagogicznymi.
Reklama



W kwietniu resort przedstawił kontrowersyjną propozycję: nauczanie indywidualne może być realizowane tylko w domu. Do tej pory mogło się ono odbywać w szkole – częściowo razem z klasą, częściowo jeden na jeden z nauczycielem. Najczęściej z takiej formy nauki korzystały dzieci autystyczne, z zaburzeniami depresyjnymi czy fobiami szkolnymi, dla których wprowadzenie indywidualnych lekcji bez zamykania w domu i izolacji społecznej było najlepszym rozwiązaniem.
Decyzja MEN wywołała protesty rodziców. W efekcie minister Anna Zalewska złagodziła nieco stanowisko, a MEN opublikowało kolejne projekty rozporządzeń. Ale wyegzekwowanie takiego rodzaju nauki i tak będzie trudniejsze niż dotychczas.
Wszystko będzie zależało od dyrektora szkoły. Do tej pory decyzję, że uczeń może się uczyć częściowo w domu, a częściowo sam na sam z nauczycielem, ale w budynku szkolnym, wydawały zespoły orzekające działające przy poradniach psychologicznych, a decyzja miała charakter decyzji administracyjnej. Szkoła musiała wprowadzić zalecenia w życie. Obecnie resort proponuje trzy opcje, w ramach których będzie można zorganizować taki rodzaj nauki. Żadna nie przewiduje, że decyzja będzie mieć taką rangę.
– Różnica między obowiązującymi jeszcze przepisami a tymi proponowanymi jest taka, że dotychczas – jeżeli rodzic przedstawił orzeczenie poradni ze wskazaniem „nauczanie indywidualne z włączaniem do klasy” – to szkoła czy przedszkole musiały to orzeczenie zrealizować, a samorząd sfinansować. Mamy obawy, że doproszenie się o indywidualne lekcje będzie tak samo karkołomne, jak do tej pory uzyskanie wsparcia nauczycieli wspomagających na więcej niż kilku lekcjach – mówi Agnieszka Niedźwiedzka ze Stowarzyszenia Nie-Grzeczne Dzieci. Z kolei Ewa Tatarczak, przewodnicząca Związku Zawodowego Rada Poradnictwa, przyznaje, że realizacja takiej formy nauki będzie trudniejsza ze względu na finansowanie. Samorządy nie zawsze przyznają wystarczające środki na pomoc psychologiczno-pedagogiczną.
To niejedyne zmiany planowane przez resort edukacji dla uczniów wymagających wsparcia psychologiczno-pedagogicznego. MEN chce wzmocnić rolę szkoły i planuje, by to nauczyciele stawiali uczniom wstępną diagnozę ich problemów psychologicznych. Orzeczenie pedagogów miałoby być wydawane po obserwacji ucznia w środowisku szkolnym. To szkoła miałaby też wspierać takiego ucznia, a mieliby jej w tym pomagać specjaliści dochodzący z poradni psychologiczno-pedagogicznych. – Takie brygady lotne, które by jeździły od szkoły do szkoły – wyjaśnia jeden z psychologów, który brał udział w konsultacji nieujawnionego jeszcze publicznie projektu.
– Zamysł jest dobry, ale obawiamy się, jak to może wyglądać w praktyce – przyznaje Ewa Tatarczak. Głównym problemem są braki kadrowe; 20 pracowników poradni nie jest w stanie obsłużyć np. 60 placówek. Eksperci nie mają jednak wątpliwości, że coś trzeba zmienić. Opieka psychologiczno-pedagogiczna nie zaspokaja potrzeb dzieci, na co wskazuje opublikowany w zeszłym tygodniu raport NIK.
W latach 2014–2016 44 proc. szkół publicznych różnych typów nie zatrudniało na odrębnym etacie ani pedagoga, ani psychologa. Najgorzej pod tym względem było w technikach (specjalistów nie było w 60 proc. szkół) i w zawodówkach (problem dotyczył 55 proc. placówek).
W szkołach, w których zatrudnieni byli specjaliści, na jednego pedagoga przypadało 475, a na jednego psychologa 1904 uczniów. Z analiz Ewy Tatarczak wynika, że około 30 proc. uczniów wymaga pilnej pomocy w związku z różnego rodzaju zaburzeniami o podłożu neurotycznym, emocjonalnym i osobowościowym.
– Takie dzieci często nie mają gdzie szukać pomocy. W szkole nie ma specjalistów, do poradni i placówek zdrowia publicznego są kolejki, psychiatrów dla młodzieży brakuje. A nie każdego stać na opieką prywatną – mówi Tatarczak.
Realizacja takiej formy nauki będzie trudniejsza też ze względu na finansowanie