statystyki

Ile państwa w szkole. Usztywniona oświata

autor: Mira Suchodolska21.07.2017, 07:10; Aktualizacja: 21.07.2017, 08:09
książki, szkoła

"Zastanówmy się, na ile potrzebna i uprawniona jest ingerencja państwa w system oświaty. Gdzie są jej granice. I czemu powinna służyć."źródło: ShutterStock

Moglibyśmy mieć system edukacji na miarę Finlandii, gdyby państwo inwestowało w nauczycieli. Bo to od ich jakości zależy tak naprawdę, jakie będą szkoła i przyszłe pokolenia.

Od niemal miesiąca szkolnymi korytarzami przechadzają się duchy, dzieciarnia zbija bąki, a grono pedagogiczne odreagowuje stres. Można powiedzieć, że to niezbyt szczęśliwy moment, aby pisać o problemach oświatowych. Jednak moim zdaniem jest właśnie najlepszy, żeby na spokojnie, bez zadyszki zastanowić się nad kondycją i przyszłością szkoły. Bo za parę tygodni wrócimy do codzienności, zacznie się nerwówka związana z odpalaniem w praktyce reformy. Wrócą narzekania i sarkania – że po co było to ruszać, że państwo nie powinno ingerować w szkoły, że dobrze było, jak było. Że kanon lektur nie ten, a podstawa do bani. No i oczywiście – że równie mocno jak dzieci zostali pokrzywdzeni nauczyciele. Ale zostawmy rozważania o sensie reformy – napisano już na jej temat wszystko – zastanówmy się, na ile potrzebna i uprawniona jest ingerencja państwa w system oświaty. Gdzie są jej granice. I czemu powinna służyć.

Idea, że szkolnictwo powszechne, koordynowane przez państwo, jest potrzebne i sprzyja rozwojowi społeczeństw, została wymyślona już w XVIII w. i przez minione stulecia przetestowana z pozytywnym skutkiem na wiele sposobów. Tyle że, jak zauważa prof. Krzysztof Biedrzycki z Katedry Krytyki Współczesnej UJ, ekspert Instytutu Badań Edukacyjnych, jeśli ludziom propagującym te idee we Francji napoleońskiej czy w Prusach monarchii oświeconej, a także w porozbiorowej Polsce zależało na tym, by za pomocą powszechnego nauczania wykształcić pożyteczne dla państwa grupy zawodowe – urzędników, żołnierzy i robotników (elity miały własne szkoły), to dziś przed oświatą stoją inne zadania. – Wtedy wystarczyło, żeby żołnierz czy robotnik rozumiał i umiał wykonywać rozkazy, urzędnik potrafił pisać i liczyć. Nikt nie wymagał od nich kreatywności – mówi Biedrzycki.

Magazyn DGP

Magazyn DGP

źródło: Dziennik Gazeta Prawna


Pozostało jeszcze 85% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Polecane

Reklama

Komentarze (6)

  • liroj(2017-07-22 13:45) Zgłoś naruszenie 83

    dopoki szkola nie zostanie odpolityczniona - dopoty w szkole bedzie sie zle dzialo

    Odpowiedz
  • greagjc(2017-07-26 10:33) Zgłoś naruszenie 60

    Coraz mniej środków przeznacza się na kupno pracy od nauczycieli - stąd jakość i ilość tej pracy spada!

    Odpowiedz
  • fwe(2017-07-22 20:03) Zgłoś naruszenie 56

    polska szkoła uczy w systemie bardzo archaistycznym tzn. przedmioty są prowadzona sztuka dla sztuki męczy się ścisłowca humanizmem i na odwrót i tak z historyka matematyka nie zrobię, należy dać fizykowi laboratorium i dać działać.... a nie! zresztą nauczyciele są coraz gorsi. zresztą kto idzie na pedagogikę??

    Pokaż odpowiedzi (2)Odpowiedz
  • Just(2017-08-04 13:26) Zgłoś naruszenie 02

    W szkołach pracują nie tylko nauczyciele!!!! Pozostali urzędnicy tzw. samorządowi ( ostatni sort) na łasce gmin. Ta łaska =prawie najniższe wynagrodzenie!!!!! SIO nawet nie jest tymi pracownikami zainteresowany!!!! Tacy sami podludzie to obsługa w placówkach oświatowych (woźna, szatniarz, sprzątaczka). Kiedy podwyżki dla NAUCZYCIELI, pracują tylko 18 godzin tygodniowo, średnio za 3850 zł. Pozostały plebs średnia płaca 2100.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie

Polecane