Lekarze, którzy od stycznia dostali od NFZ podwyżkę stawki za jednego pacjenta prawie o połowę, wcale nie przeznaczyli jej na dodatkowe badania dla chorych. Tymczasem pracownicy laboratoriów twierdzą, że wykonują tyle samo analiz na zlecenie medyków pierwszego kontaktu co wcześniej. Także ze statystyk NFZ wynika, że ich liczba nie wzrosła.

W drugiej połowie roku lekarze, którzy szczegółowo rozliczają się z wykonanych badań, oraz ci, którzy zlecają ich najwięcej, mają otrzymać kolejne podwyżki. Medycy już zapowiadają, że indywidualne raporty z wykonanej diagnostyki będą przesyłać dopiero w 2016 r., ale większych pieniędzy domagają się już teraz – za opiekę nad starszymi pacjentami. Eksperci postulują radykalną zmianę systemu finansowania ich pracy.

Dostali podwyżki, nie zlecają badań

Medycy rodzinni dostali na przełomie roku gigantyczną podwyżkę. Wywalczyli ją, zamykając gabinety i prowadząc burzliwe negocjacje z ówczesnym ministrem zdrowia Bartoszem Arłukowiczem.

Jakie badania u lekarza rodzinnego

Jakie badania u lekarza rodzinnego

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

W rezultacie stawka kapitacyjna, czyli pieniądze, które dostają za każdego zapisanego do nich pacjenta (niezależnie od tego, czy pacjent rzeczywiście się u nich pojawia), wzrosła ze 96 do ok. 140 zł rocznie. W sumie pula pieniędzy zarezerwowanych w budżecie NFZ na podstawową opiekę zdrowotną (POZ) zwiększyła się w tym roku do 7,78 mld zł i jest o 1,1 mld zł wyższa niż w ubiegłym.

Podwyżka była bezprecedensowa, bo zwiększyła przychody lekarzy z tytułu stawki kapitacyjnej niemal o połowę. Nie została jednak przyznana bezwarunkowo: miała zmotywować medyków pierwszego kontaktu do większej aktywności – zwłaszcza częstszego zlecania pacjentom badań. Wielu chorych nie może się bowiem doprosić najprostszej choćby diagnostyki, mimo że jej koszt jest wliczony do honorarium, które medyk dostaje od NFZ. Niestety zdaniem ekspertów, wszystko wskazuje na to, że lekarze potraktowali podwyżkę jako bonus dla siebie, którym nie muszą się dzielić z pacjentami.

Badań tyle, ile było

– Z sygnałów, które otrzymujemy z laboratoriów diagnostycznych wynika, że diagności nie widzą żadnej różnicy. Badań wykonywanych na zlecenie lekarzy rodzinnych i przez nich opłacanych znacząco od stycznia nie przybyło – twierdzi Elżbieta Puacz, prezes Krajowej Izby Diagnostów Laboratoryjnych. – Lekarze rodzinni dostali ogromne pieniądze, ale nikt ich nie rozlicza z pracy. Na jednym ze spotkań, w których uczestniczyłam, przedstawiciel NFZ powiedział wprost: środki zostały przekazane bez żadnych obowiązków sprawozdawczych i bez możliwości kontroli – dodaje.

KIDL wyliczyła na podstawie danych z lat ubiegłych, że lekarze rodzinni przeznaczali na diagnostykę średnio zaledwie 4,5 proc. stawki kapitacyjnej, czyli niespełna 4,5 zł na osobę. To mniej niż koszt pojedynczej morfologii. Izba chciała sprawdzić, jak ten wskaźnik zmienił się w tym roku, ale spotkała się z odmową w niektórych oddziałach NFZ, np. podlaski argumentował, że nie jest ona uprawniona do występowania o takie informacje.

Ze statystyk, do których dotarł DGP, wynika natomiast, że przychodnie podstawowej opieki zdrowotnej poinformowały NFZ o wykonaniu w pierwszym kwartale tego roku 24,76 mln badań. W całym zeszłym roku było ich ok. 100 mln. Jednak fundusz zastrzega od razu, że bieżące dane nie są pełne, bo szczegółowych kwartalnych raportów nie przekazuje mu ok. 10 proc. świadczeniodawców. Mogą oni złożyć zbiorcze sprawozdanie do 31 grudnia 2015 r. Taką możliwość dało im zresztą Ministerstwo Zdrowia. Rozporządzenie w sprawie zakresu niezbędnych informacji gromadzonych przez świadczeniodawców, szczegółowego sposobu rejestrowania tych informacji oraz ich przekazywania podmiotom zobowiązanym do finansowania świadczeń ze środków publicznych (Dz.U. z 2014 r., poz. 1986) wprowadziło wprawdzie obowiązek przesłania szczegółowych danych, począwszy od 1 kwietnia 2015 roku, jednak pozostawiło możliwość przekazania tych danych w formie komunikatów zbiorczych do końca tego roku.

Rozporządzenie to zostało znowelizowane (zmiany obowiązują od 4 czerwca). Doprecyzowano, że niektóre badania powinny być raportowane wg numeru PESEL pacjenta (m.in. USG, radiologiczne i spirometria).

– To jest biurokratyczny obowiązek, przez który mamy mniej czasu dla pacjentów. Większość lekarzy nie jest zainteresowana raportowaniem według numerów PESEL, zwłaszcza że wiąże się z tym niewielka motywacja finansowa. Ta cała biurokratyczna machina wymaga jeszcze czasu. Na razie co trzy miesiące składamy zbiorcze sprawozdania, natomiast w system indywidualnych sprawozdań według numeru PESEL wejdzie niewielu sprawozdawców – podkreśla Jacek Krajewski, prezes Porozumienia Zielonogórskiego. Ta organizacja zrzeszająca lekarzy rodzinnych chce, aby system motywowania ich poprzez zwiększanie stawki kapitacyjnej za wykonane i raportowane indywidualne badania, został wprowadzony dopiero od przyszłego roku, a nie od sierpnia tego roku. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze w tegorocznym budżecie miałyby być przeznaczone na skorygowanie stawki kapitacyjnej za pacjentów powyżej 40. roku życia.

Eksperci: to skandal

– Widać, że kolejne, wielkie środki z NFZ są marnowane. Nie poprawią jakości i skuteczności leczenia – uważa Ewa Borek, prezes Fundacji „My pacjenci”. – Trzeba zmienić mechanizm stawki kapitacyjnej, który jest szatański, bo pacjent musi konkurować z lekarzem o pieniądze na diagnostykę. Ten system wcale się nie zmienił od nowego roku. On motywuje lekarza jedynie do starania się o to, żeby pacjent się do niego zapisał, a gdy się to już stanie, traci on motywację i zainteresowanie chorym. Jeżeli nie zostanie zmodyfikowany mechanizm finansowania, np. na system płacenia za wykonane świadczenia, to nic się nie zmieni – tłumaczy.

Pacjent płaci sam

Eksperci wskazują, że NFZ, godząc się na zbiorczą sprawozdawczość, pozbawia się narzędzi do skutecznego rozliczania medyków z ich pracy. Skoro z ich raportów wynika, że w 2014 r. w POZ wykonali oni 100,85 mln badań, to oznacza to, że statystycznie każdy Polak na koszt lekarza rodzinnego przebadał się trzy razy.

– Te dane są po prostu niewiarygodne – ocenia Elżbieta Puacz. Diagności laboratoryjni zauważają bowiem, że przychodnie POZ kierują pacjentów do laboratorium z karteczką, na której jest wypisana potrzebna im diagnostyka. To nie jest jednak oficjalne zlecenie badań – chory musi za ich wykonanie zapłacić z własnej kieszeni.

– Wiemy, że niektórzy lekarze wpisują do raportów dla NFZ badania, które „zlecili” pacjentom w ten sposób. Mimo że nie wydali na nie ze stawki kapitacyjnej ani złotówki, uwzględniają je w raportach. To karygodne, że NFZ tego nie monitoruje – oburza się Elżbieta Puacz.

Polska jest jednym z nielicznych krajów w UE, który nie prowadzi rejestru badań diagnostycznych. Nie są one też oddzielnie kontraktowane ani finansowane, choć w innych krajach UE praktyka jest zupełnie inna. W Hiszpanii i Czechach diagnostyka jest dokładnie wyceniona i monitorowana.

We Francji lekarz jest oddzielnie rozliczany za swoją usługę, natomiast jeżeli wykonuje badania, to laboratorium, a nie on rozlicza się z ubezpieczycielem. Ten zna stawki, kontroluje diagnostykę i wie, za co zapłacił. Jest szansa, że sytuacja wkrótce się zmieni. Jeszcze w tym roku zostanie uruchomiony wielki projekt informatyczny Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia – Platforma P1. Jej częścią będzie Centralny Rejestr Badań Diagnostycznych. Zobowiązali się go prowadzić diagności laboratoryjni i zapowiadają, że kiedy ruszy, to cała prawda o badaniach lekarskich wyjdzie na jaw.