statystyki

Od siebie nie uciekniesz. Nieprzeżyte emocje i tak wybuchną

autor: Mira Suchodolska05.03.2017, 20:30
Inaczej się zachowujemy jako pracownik, inaczej jako matka czy córka, ojciec lub syn, a jeszcze inaczej jako partner drugiej, bliskiej nam osoby. Każdej z tych ról towarzyszą także inne myśli, czasem skrajnie odmienne emocje

Inaczej się zachowujemy jako pracownik, inaczej jako matka czy córka, ojciec lub syn, a jeszcze inaczej jako partner drugiej, bliskiej nam osoby. Każdej z tych ról towarzyszą także inne myśli, czasem skrajnie odmienne emocjeźródło: ShutterStock

Nieprzeżyte, nieprzepracowane emocje chowają się, ale za chwilę wybuchną. Jako „ja” albo jako inna osobowość. W każdym z nas jest taki Mr Hyde. Liczy się to, jak mocna jest smycz, na której go trzymamy - wyjaśnia Joanna Gutral w rozmowie z Mirą Suchodolską.

Reklama


Jest pani pewna, że jest tylko jedna? Bo ja mam wątpliwości co do siebie. Może pod wpływem popkultury. Fenomen osobowości mnogiej od lat fascynuje jej twórców i odbiorców. Przypomnę choćby Doktora Jekylla i pana Hyde'a” Roberta Louisa Stevensona. Studentom psychologii puszcza się na zajęciach film „Trzy oblicza Ewy” z 1957 r. Teraz czekamy na hollywoodzką produkcję „The Crowded Room” (Zatłoczony pokój), gdzie w rolę Billy’ego Milligana, raptusa i gwałciciela, człowieka, który mieścił w sobie 24 osobowości, wcielić ma się Leonardo DiCaprio.

To, co dziwne, tajemnicze, rzadko spotykane, zaciekawia i pobudza wyobraźnię. Ale jeśli pyta pani poważnie o mnie, to mam wrażenie, że jestem jedną, w miarę spójną osobą, choć mam w sobie, jak każdy, kilka „ja”. Co nie oznacza, że jestem osobowością mnogą, wieloraką, że cierpię na rozdwojenie jaźni – czy jeszcze jak to zaburzenie w fachowej literaturze się nazywa.

Rzecz w tym, że ludzie mają niejako wbudowane w siebie standardy, możemy dla uproszczenia nazwać je osobowościami, które regulują ich zachowania. Trzy podstawowe, zdaniem prof. E.T. Higginsa z Uniwersytetu Columbia, to „ja realne”, czyli odzwierciedlające człowieka, jakim naprawdę jesteśmy, „ja idealne” – tego, jakim chcielibyśmy być, oraz „ja powinnościowe”, czyli postać, o której myślimy, że powinniśmy się nią stać. W dodatku każda rola społeczna, którą odgrywamy, powoduje, że to nasze „ja” się zmienia. Inaczej się zachowujemy jako pracownik, inaczej jako matka czy córka, ojciec lub syn, a jeszcze inaczej jako partner drugiej, bliskiej nam osoby. Każdej z tych ról towarzyszą także inne myśli, czasem skrajnie odmienne emocje. Jako partnerka jestem całkiem inną osobą niż jako psycholog profesjonalista, odmiennie czuję i reaguję. To absolutnie normalna sytuacja, w której uczymy się także, w jaki sposób te nasze różne „ja” oddzielać od siebie. Wiem na przykład, że nie powinnam wykonywać swojego zawodu, np. prowadzić psychoterapii, w stosunku do osób mi bliskich, bo to nie zadziała, będziemy wszyscy mieć kłopot. Po prostu – trudno mi będzie rozdzielić te role i emocje z nimi związane.

Te różne „wcielenia”, jakie zdarzają się nam w życiu, to coś normalnego, choć czasem trudno faktycznie w nich się połapać. Pomagają nam w tym pewne zasady ujęte w kodeksach etycznych. Zdaję sobie sprawę z tego, że – dajmy na to – jako córeczka tatusia mogę się popłakać, kiedy opowiadam mu o strasznej krzywdzie, która kogoś spotkała, ale w roli profesjonalisty jestem zobowiązana zareagować tak, aby zniwelować jej skutki, pomóc.

Różne oblicza tej samej osoby – mniej więcej na tym to polega. I jeszcze, co ważne, w normalnym życiu, przy prawidłowej osobowości, te nasze różne „ja” wiedzą o sobie nawzajem. Mają świadomość tego, że są odmienne, godzą się z tym i jeszcze tę odrębność pielęgnują. OK, zdarza się, że jedna osobowość, np. zawodowa, rozlewa się na inne, dominuje je. Pani na przykład może nie potrafić przestać być dziennikarką, opcja „reporter” jest włączona przez cały czas, czuwa, więc nawet kiedy przyjaciel zwierza się pani z tego, co go spotkało, oczekuje pogłaskania po głowie i zrozumienia, pocieszając go, pani wciąż analizuje, czy jego historia nie nadaje się do wykorzystania w kolejnym artykule. Jednak to nie wyłącza świadomości zachowań, ona wciąż istnieje, nawet jeśli te różne tryby naszych zachowań nakładają się na siebie. Co innego w dysocjacyjnych zaburzeniach tożsamości (dissociative identity disorder, tzw. DID), wśród których ekstremum na skali jest właśnie osobowość mnoga. W jej przypadku mamy do czynienia przynajmniej z dwoma osobowościami w jednym ciele, które w dodatku nie wiedzą o sobie nawzajem.

Zaraz, zaraz, jak to nie wiedzą? W przypadku wspomnianego Billy’ego Milligana – a jest to dobrze przebadana przez psychiatrów historia z drugiej połowy lat 70. XX w. – niektóre z jego osobowości świetnie o sobie wiedziały. Mało tego – kontrolowały siebie nawzajem. A zwłaszcza tę podstawową, czyli Billy’ego, zagubionego nastolatka, który miał samobójcze porywy. Nie dopuszczały go do głosu przez całe lata. Jakby chroniąc przed tym, co chciał sobie zrobić. Ale i tak doszło do nieszczęścia, bo ci „inni”, tkwiący w jego ciele, dopuścili się czterech gwałtów i napaści z bronią w ręku.


Pozostało jeszcze 69% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam już kod SMS
Więcej na ten temat

Reklama


Artykuły powiązane

Polecane

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Prawo na co dzień

Galerie

Polecane

Reklama