Nieprzeżyte, nieprzepracowane emocje chowają się, ale za chwilę wybuchną. Jako „ja” albo jako inna osobowość. W każdym z nas jest taki Mr Hyde. Liczy się to, jak mocna jest smycz, na której go trzymamy - wyjaśnia Joanna Gutral w rozmowie z Mirą Suchodolską.
Reklama
Joanna Gutral psycholog, psychoterapeuta, wykładowca uniwersytetu SWPS / Dziennik Gazeta Prawna
Jest pani pewna, że jest tylko jedna? Bo ja mam wątpliwości co do siebie. Może pod wpływem popkultury. Fenomen osobowości mnogiej od lat fascynuje jej twórców i odbiorców. Przypomnę choćby „Doktora Jekylla i pana Hyde'a” Roberta Louisa Stevensona. Studentom psychologii puszcza się na zajęciach film „Trzy oblicza Ewy” z 1957 r. Teraz czekamy na hollywoodzką produkcję „The Crowded Room” (Zatłoczony pokój), gdzie w rolę Billy’ego Milligana, raptusa i gwałciciela, człowieka, który mieścił w sobie 24 osobowości, wcielić ma się Leonardo DiCaprio.
To, co dziwne, tajemnicze, rzadko spotykane, zaciekawia i pobudza wyobraźnię. Ale jeśli pyta pani poważnie o mnie, to mam wrażenie, że jestem jedną, w miarę spójną osobą, choć mam w sobie, jak każdy, kilka „ja”. Co nie oznacza, że jestem osobowością mnogą, wieloraką, że cierpię na rozdwojenie jaźni – czy jeszcze jak to zaburzenie w fachowej literaturze się nazywa.
Rzecz w tym, że ludzie mają niejako wbudowane w siebie standardy, możemy dla uproszczenia nazwać je osobowościami, które regulują ich zachowania. Trzy podstawowe, zdaniem prof. E.T. Higginsa z Uniwersytetu Columbia, to „ja realne”, czyli odzwierciedlające człowieka, jakim naprawdę jesteśmy, „ja idealne” – tego, jakim chcielibyśmy być, oraz „ja powinnościowe”, czyli postać, o której myślimy, że powinniśmy się nią stać. W dodatku każda rola społeczna, którą odgrywamy, powoduje, że to nasze „ja” się zmienia. Inaczej się zachowujemy jako pracownik, inaczej jako matka czy córka, ojciec lub syn, a jeszcze inaczej jako partner drugiej, bliskiej nam osoby. Każdej z tych ról towarzyszą także inne myśli, czasem skrajnie odmienne emocje. Jako partnerka jestem całkiem inną osobą niż jako psycholog profesjonalista, odmiennie czuję i reaguję. To absolutnie normalna sytuacja, w której uczymy się także, w jaki sposób te nasze różne „ja” oddzielać od siebie. Wiem na przykład, że nie powinnam wykonywać swojego zawodu, np. prowadzić psychoterapii, w stosunku do osób mi bliskich, bo to nie zadziała, będziemy wszyscy mieć kłopot. Po prostu – trudno mi będzie rozdzielić te role i emocje z nimi związane.
Te różne „wcielenia”, jakie zdarzają się nam w życiu, to coś normalnego, choć czasem trudno faktycznie w nich się połapać. Pomagają nam w tym pewne zasady ujęte w kodeksach etycznych. Zdaję sobie sprawę z tego, że – dajmy na to – jako córeczka tatusia mogę się popłakać, kiedy opowiadam mu o strasznej krzywdzie, która kogoś spotkała, ale w roli profesjonalisty jestem zobowiązana zareagować tak, aby zniwelować jej skutki, pomóc.
Różne oblicza tej samej osoby – mniej więcej na tym to polega. I jeszcze, co ważne, w normalnym życiu, przy prawidłowej osobowości, te nasze różne „ja” wiedzą o sobie nawzajem. Mają świadomość tego, że są odmienne, godzą się z tym i jeszcze tę odrębność pielęgnują. OK, zdarza się, że jedna osobowość, np. zawodowa, rozlewa się na inne, dominuje je. Pani na przykład może nie potrafić przestać być dziennikarką, opcja „reporter” jest włączona przez cały czas, czuwa, więc nawet kiedy przyjaciel zwierza się pani z tego, co go spotkało, oczekuje pogłaskania po głowie i zrozumienia, pocieszając go, pani wciąż analizuje, czy jego historia nie nadaje się do wykorzystania w kolejnym artykule. Jednak to nie wyłącza świadomości zachowań, ona wciąż istnieje, nawet jeśli te różne tryby naszych zachowań nakładają się na siebie. Co innego w dysocjacyjnych zaburzeniach tożsamości (dissociative identity disorder, tzw. DID), wśród których ekstremum na skali jest właśnie osobowość mnoga. W jej przypadku mamy do czynienia przynajmniej z dwoma osobowościami w jednym ciele, które w dodatku nie wiedzą o sobie nawzajem.
Zaraz, zaraz, jak to nie wiedzą? W przypadku wspomnianego Billy’ego Milligana – a jest to dobrze przebadana przez psychiatrów historia z drugiej połowy lat 70. XX w. – niektóre z jego osobowości świetnie o sobie wiedziały. Mało tego – kontrolowały siebie nawzajem. A zwłaszcza tę podstawową, czyli Billy’ego, zagubionego nastolatka, który miał samobójcze porywy. Nie dopuszczały go do głosu przez całe lata. Jakby chroniąc przed tym, co chciał sobie zrobić. Ale i tak doszło do nieszczęścia, bo ci „inni”, tkwiący w jego ciele, dopuścili się czterech gwałtów i napaści z bronią w ręku.
Oj, to skomplikowana historia, a także kamień milowy psychiatrii, więc proponuję, aby najpierw pewne kwestie sobie usystematyzować. Dysocjacje, o których rozmawiamy, związane są z wieloma stanami, a także zaburzeniami. A te ostatnie pojawiają się wówczas, kiedy napięcie, emocje związane z tym, co przeżywamy, zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie – literatura podaje zwykle czas od 4. do 6. roku życia – są zbyt silne, abyśmy mogli się z nimi zmierzyć. Nasz system ośrodkowy sobie nie radzi, więc osoba, która doświadcza takich stanów, nie jest ich w stanie świadomie przeżyć, zrozumieć oraz zintegrować. Więc ucieka, czyli dysocjuje, to jest naturalny mechanizm obronny. Nie ma nas, więc nic ani nikt nie jest w stanie nas zranić. Oddzielamy przeżycia, kiedy czujemy, że nie mamy zasobów, aby się z nimi mierzyć. Czasem dysocjacja przyjmuje bardzo lekkie formy – siedząc na nudnym wykładzie, „odpływamy”, nie ma nas tu i teraz, uciekamy w świat fantazji. Kiedy wykład się kończy, nie mamy pojęcia, o czym była na nim mowa, nasze „ja” było gdzieś indziej i czymś zupełnie innym się zajmowało.
Nuda potrafi wyłączyć naszą świadomość podczas standardowych czynności, choć czasem wiąże się to z niebezpieczeństwem. Sama wiele razy się złapałam na tym, że jadąc dobrze znaną drogą z pracy do domu, „przespałam” całą podróż, choć kierowałam samochodem.
To jest jeszcze ciut inna sytuacja, kiedy wykonujemy pewne czynności wyuczone, dobrze nam znane, nad którymi się szczególnie nie zastanawiamy. To także, oczywiście, pewien mechanizm nawykowy, który powoduje, że nie tracimy czasu nad zastanawianiem się, czy teraz powinniśmy wrzucić jedynkę, czy trójkę, ale po prostu to robimy. Co, zwłaszcza w sytuacjach drogowych, potrafi być niebezpieczne. Jednak czy to wstając z miejsca po zakończeniu się nudnej, wykładowej piły, czy wstawiając samochód do garażu po pokonaniu standardowej trasy, otrząsamy się i wracamy do rzeczywistości.
To, o czym pani mówi, to tzw. fugi, luki w życiorysie. Jeśli trwają kilkanaście, kilkadziesiąt minut, nie ma z nimi większego problemu, ale czasem się zdarza, iż te przerwy trwają kilka dni, a nawet lat. Autorka kryminałów Agatha Christie, po tym, gdy umarła jej matka, a mąż oznajmił, że chce się rozwieść, zniknęła na niemal dwa tygodnie. Odnaleziono ją w hotelu, gdzie się zameldowała pod nazwiskiem kochanki swojego ślubnego. Nie miała pojęcia, co przez ten czas robiła. Ale są także przypadki, kiedy zaginione osoby znajdowane były po wielu latach, na drugim końcu świata, pod zmienionymi nazwiskami. I także nie potrafiły powiedzieć, co się z nimi działo.
Ale po nawet bardzo długim czasie osoby te były w stanie posklejać swoją przeszłość z teraźniejszością. Swoje „ja” sprzed ucieczki z tym, które nastąpiło po nim, nie potrafiły wyjaśnić tylko luki w swojej ciągłości podczas trwania tej fugi. Agatha Christie nie mogła udźwignąć ciężaru zdarzeń, jakie na nią spadły – uciekła, odcięła się, aby bronić siebie przed emocjami, na jakie nie była gotowa. W każdym z tych przypadków osoba, która doświadczyła jakiejś traumy, starała się uciec od sytuacji, która była dla niej zbyt wielkim wyzwaniem. Oddzielić się, schować. To w sumie prosty do zrozumienia mechanizm: jeśli ktoś jest uczestnikiem katastrofy drogowej, to aby jakoś funkcjonować, wyłącza emocje. Aby przeżyć, przestawia się na tryb działania. Nie zważa na to, że boli, musi się jakoś wyrwać z tej matni, uratować. Najpierw musi przetrwać. Udało się. Teraz zatroszczy się o ludzi, którzy są wokół niego, jego bliskich, współpasażerów, musi coś sensownego zrobić. Kiedy stan zagrożenia życia przeminie, powracają emocje. Dopiero potem jest czas, aby przeżyć świadomie to, czego się doświadczyło podczas tych trudnych chwil. Wracają w postaci flashbacków, natarczywych wspomnień, tego, co wylewa się z odciętych emocji. Podobne mechanizmy działają na przykład podczas wojny. Wiele się mówiło i pisało o PTSD, czyli zespole stresu pourazowego – nauczyliśmy się go diagnozować i leczyć. Natomiast postępowanie z pacjentami, którzy w dzieciństwie doznali traumy, w wyniku której ich osobowość rozszczepiła się na kilka, kilkadziesiąt części, jest o tyle trudne, że oni sami zwykle nie szukają pomocy. Jeśli już, to ich rodziny, które zauważają, że coś złego z ich bliskimi się dzieje. Albo interweniują organy ścigania, kiedy dochodzi do tragicznych wydarzeń typu zabójstwo, porwanie, gwałt. Tak jak się to stało w przypadku Billy’ego Milligana.
Który jako dziecko był dręczony przez swojego ojczyma. Ten, aby ukarać chłopca za jakieś przewinienie, zakopał go do grobu, zostawiając tylko niewielki otwór, aby się malec nie udusił, o czym pisze Daniel Keyes w jego biografii „Człowiek o 24 twarzach”. Zdaniem autora jeszcze przed 5. rokiem życia Billy występował w trzech osobach. Potem przybyło ich jeszcze 21. Jak to się dzieje? Jako dziecko wyobrażałam sobie, że mam przyjaciela, który jest mądrzejszy, silniejszy, bystrzejszy niż ja, która bywałam ofiarą agresji rówieśników. Ale jakoś się nie rozsypałam na wiele osobowości.
To, o czym pani mówi, to może być tzw. projekcja – wyobrażamy sobie nasze alter ego, które jest lepsze od nas, co jest wyrażeniem dążenia do doskonałości. Ten przyjaciel, starszy brat albo siostra, to wciąż my, ale lepsi, tacy, jakimi chcielibyśmy się stać. Jednak wciąż mamy świadomość, że my, to my, a ten przyjaciel to postać. Jeżeli otrzymamy wsparcie, to będziemy w stanie tę postać ze sobą zintegrować, zrozumieć, że to nasze pragnienia i wówczas świadomie do nich dążyć. Natomiast w przypadku osobowości wielorakiej – czyli w zaburzeniu, które nazywamy skrótem DID – nasze pierwotne „ja” nie zdaje sobie sprawy z tego, że wokół niego tworzą się inne osobowości, które możemy nazwać kompensacyjnymi, gdyż mają za zadanie nas ochronić. Przez nie przelewają się emocje, z którymi w danym momencie nie jesteśmy w stanie sobie poradzić. W przyrodzie nic nie ginie, także uczuć nie można wyrzucić do kosza. Nie da się ich zamknąć w sejfie albo w jakiejś piwnicy i zapomnieć. One kiedyś wypłyną. Później, kiedy się tego nie będziemy spodziewać, albo wcześniej. W przypadku Milligana stało się to bardzo szybko, co nie uchroniło go przed katastrofą.
Jeszcze większe wrażenie niż historia Milligana zrobił na mnie film „Trzy oblicza Ewy” – także oparty na autentycznym przypadku. W normalnym małżeństwie coś zaczyna się psuć. Uległa żona i oddana matka Ewa White zaczyna się zachowywać w niepokojący sposób. Do głosu dochodzi jej alter ego – Ewa Black, bezczelna flirciara, kobieta wyzwolona i bezwzględna. W finale okazuje się, że główną, podstawową osobowością była Jane, która nie mogła dojść do głosu, gdyż była stopowana przez te dwie Ewy. Kiedy one odeszły, Jane mogła zacząć żyć swoim życiem.
To może zacznijmy analizować ten problem od końca: kiedy życie kobiety się już całkiem rozsypuje, kiedy Ewa White pogrąża się w rozpaczy, a Ewa Black baluje, psychiatra obgryza paznokcie, w pewnym momencie do głosu dochodzi Jane, pierwotna osobowość. Ale żeby ona mogła zaistnieć, tamte dwie postaci muszą zginąć. I tak się dzieje – w momencie, kiedy dowiadujemy się, co spowodowało rozszczepienie osobowości tej kobiety. A zdarzyło się tak, że kiedy Jane była dziewczynką, jej matka siłą wywlekła ją spod werandy, gdzie się bawiła, i postawiła w traumatycznej sytuacji: mała została zmuszona do pocałowania zmarłej babci, która leży w trumnie. Dla ówczesnej społeczności to było rytualne, akceptowalne społecznie zachowanie. Dla dziewczynki zdarzenie, które spowodowało, że uciekła w głąb siebie. Bo nikt jej nie wsparł, nie wytłumaczył, co się wydarzyło, jakie śmierć ma konsekwencje, w jaki sposób radzić sobie z paniką. A na jej miejsce przyszły inne osobowości. Ewa White, kobieta uległa, zgadzająca się na wszystko, co ją spotyka w życiu. Oraz Ewa Black, jej odwrotność. White ma w sobie właściwości skrzywdzonego dziecka, które poddaje się, bo w ten sposób broni się przed przemocą. Black stara się wyrwać z patriarchalnego stylu życia.
W przypadku tej kobiety osobowości, które mają kompensować jej traumy i zaniechania, odchodzą, umierają, zostaje ona sama, scalona. Jednak z tego, co wiem, terapia osób z DID zazwyczaj kończy się porażką.
To jest o tyle trudne zaburzenie, że, podobnie jak w przypadku innych dysocjacji, pacjenci starają się je ukryć je przed światem. Jeśli osobowość właściwa nie jest świadoma pozostałych, a pozostałe nie chcą zostać obnażone, to na pewno nie będą chciały konfrontować się z terapeutą. Z literatury fachowej wynika, że na tego rodzaju zaburzenia cierpi jakiś jeden procent populacji, ale przebadanych i opisanych przypadków jest nie więcej niż dwieście z kawałkiem. Być może powodem jest tu także sceptycyzm i obawa psychoterapeutów – żeby nie przeliczyć się ze swoją diagnozą.
U niektórych cierpiących na DID osobowości różnią się nie tylko charakterem, uzdolnieniami, poglądami, lecz także każda ma swoją unikalną fizjologię.
I to jest chyba największa tajemnica i największe wyzwanie, jakie stoi przed nauką. Bo jeśli już wiemy, dlaczego osobowość podstawowa tworzy, multiplikuje postaci będące emanacją jej ego – każda z nich jest odpowiedzią na to, co spotkało głównego gospodarza ciała, stara się wyrównać dysfunkcje, które ten zalicza – to brakuje w literaturze wytłumaczenia, z jakiego powodu owe postaci różnią się tak bardzo pod względem fizjologicznym. I nie chodzi tylko o to, że dr Jekyll jest niewielkiego wzrostu mężczyzną, a pan Hyde jest bardziej napakowany. Albo na odwrót, nieważne. To, co sprawia, iż psychiatrzy wariują, to fakt, że pacjenci z osobowością mnogą w swoim rozczłonkowanym ego różnią się ze sobą w zależności od roli, którą w danym momencie przejmują, zdolnościami, akcentem języka, w jakim mówią, preferencjami seksualnymi. Wiekiem. Wszystkim. Billy w jednej ze swoich postaci jest naukowcem, który nie wychodzi z biblioteki, w następnym małą, pokręconą lesbijką. W dodatku każda z tych jego osobowości ma własne ograniczenia zdrowotne. Jeśli jedna cierpi na cukrzycę i musi przyjmować insulinę, to druga co najwyżej powinna strzec się użądleń pszczoły. Inaczej też działa mózg osoby, która ma osobowość mnogą. Amerykanie zrobili eksperyment – poddali mózg pacjenta z rozszczepieniem jaźni neuroobrazowaniu za pomocą najnowszej aparatury. I okazało się, że inne obszary mózgu działały inaczej za każdym razem, kiedy do głosu dochodziła kolejna z osobowości. Sprzęt się wtedy rozjarzał niczym choinka bożonarodzeniowa. Wiemy, jak to się działo, nie wiemy, dlaczego. Jednakże, aby pacjenta zbadać, a wyniki upublicznić, potrzebujemy jego zgody. Etyka zawodu psychologa i psychoterapeuty działa niezależnie od zaburzenia, nawet jeśli jest ono niezwykle rzadkie i pasjonujące.
Wciąż bazujemy na ubiegłowiecznych przypadkach, bo przebadanych na wszystkie strony pacjentów z historiami choroby dyskutowanymi ma kongresach lekarskich brakuje. Bo tajemnica lekarska, bo zmienił się stosunek terapeuty do pacjenta. Może i dobrze, z punktu widzenia humanistycznego, ale cierpi nauka.
Trochę tak jest, bo pacjenci z osobowością wieloraką jak się nie pchali na kozetkę, tak się nie pchają. Główną przyczyną tego stanu rzeczy jest strach przed naznaczeniem i wykluczeniem. Nikt nie chce robić za wariata. Zwłaszcza że jeszcze niedawno pacjenci z osobowością wieloraką byli diagnozowani jako schizofrenicy – słyszeli głosy, było ich wielu w jednej osobie. Albo postrzegani byli jako ludzie opętani przez szatana. Ale to jest problem nie tyle z osobowością mnogą, która jest bardzo rzadką przypadłością, lecz w ogóle z zaburzeniami psychicznymi. Na temat których funkcjonuje mnóstwo półprawd i mitów. Jak choćby ten, że na depresję częściej zapadają kobiety. Nieprawda, to jest międzypłciowe doświadczenie, ale kobiety częściej i chętniej sięgają po pomoc. Mężczyźni się wstydzą, wybierają szubienicę albo inny, równie skuteczny sposób, aby rozstać się z życiem, bo taki wybór wydaje się bardziej akceptowalny niż przyznanie się do trudnych emocji i szukanie pomocy.
Chyba że zrobią sobie ze swojej dysfunkcji sposób na życie. Bo wbrew popkulturowym schematom przypadłość polegająca na osobowości mnogiej nie oznacza, że człowiek, któremu się ona przydarzy, będzie mordercą albo gwałcicielem.
Wszystko zależy od tego, jaki bodziec przeważy, który z nich wyzwoli tę, a nie inną osobowość. Proszę wybaczyć, że posłużę się uproszczeniem: jest pani na diecie, a nagle pojawia się pączek. Tłusty, apetyczny. To jest bodziec, który może łatwo wywołać z pani żarłoka. Ale może się pani temu bodźcowi przeciwstawić. W przypadku DID będzie trudniej. Dużo trudniej. Bo proszę sobie wyobrazić, że ma pani przeprowadzić terapię takiego przypadku – niby jeden pacjent, ale terapia zbiorowa. Na jednej ławce siedzi skrzywdzone dziecko – gwałcone, bite, zakopywane w grobie – oraz te wszystkie osobowości, które ono wykształciło, żeby się bronić przed złym światem. Teraz naszym zadaniem będzie poznanie tych wszystkich osób, analiza ich osobowości, schematów działania. I próba sklejenia ich w całość. Co będzie ekstremalnie trudne.
Z reaserchu, który zrobiłam, wynika, że to się nigdy nie udaje. Pacjenci, nawet podleczeni, w końcu popełniają samobójstwa. Bo nie mogą wytrzymać ze sobą w wielu postaciach. Bo normalnie się boją, co będzie, kiedy doktora Jekylla zastąpi pan Hyde.
Ale historia psychiatrii daje także nadzieję. Tym większą, im pacjent jest bardziej znany. Wówczas zamiast strachu, ucieczki i wyparcia jest – jak to się mówi – fame. Robert Oxnam był doradcą Busha seniora, w czym nie przeszkodziło mu 11 „obcych” grasujących w jego ciele. O osobowość wieloraką podejrzewa się także Britney Spears, która lubi mówić o sobie per „my”. Sukcesy na rynku odnoszą Herschel Walker, futbolista amerykańskiej National Football League (12 osobowości), oraz Madlib, artysta hiphopowy. W jego przypadku nie wiadomo, czy 26 różnych pseudonimów, pod którymi występuje, to tylko sztuka, którą odgrywa na potrzeby publiczności, czy zaburzenie, z którym nauczył się sobie radzić.
Nie mam pojęcia, jak z tymi mnogimi osobowościami jest i pewnie nie będę go miała. Dopóki nie przebadam pacjenta, nie zdiagnozuję go, mogę sobie najwyżej wyobrażać pewne rzeczy. Jednak schemat jest ten sam: dziecko zostaje skrzywdzone. Ze swoją traumą, emocjami pozostaje osamotnione, nie ma koło niego dorosłego, który wytłumaczyłby, dlaczego coś się stało, czemu tak trudno jest przez to przejść, czemu to doświadczenie tak boli. Nieprzeżyte, nieprzepracowane emocje chowają się, ale za chwilę wybuchną. Jako „ja” albo jako inna osobowość. W każdym z nas jest taki Milligan, Ewa Black czy Mr Hyde. Liczy się to, jak mocna jest smycz, na której ich trzymamy.