Członkowie korpusu służby cywilnej na swoim niezależnym portalu żalą się, że w ramach obowiązków pracowniczych muszą przygotowywać raporty, sprawozdania czy opinie, za które pochwały i nagrody zbierają ich przełożeni. Ich pracę traktuje się jako przygotowywanie zwykłych dokumentów urzędowych, które nie są objęte ochroną praw autorskich. „Kto jest wyżej w hierarchii, bierze wszystko. Wykonawcy pozostaje satysfakcja” – żali się na portalu jeden z urzędników.

– Z urzędnikami jest jak z młodymi lekarzami, którzy prowadzą badania. Często zasługi przypisują sobie ich przełożeni. Nikt nie będzie się domagał uwzględnienia jego pracy choćby przez podpisanie jej imieniem i nazwiskiem rzeczywistego autora, bo może to skutkować końcem kariery – zauważa Agnieszka Wiercińska-Krużewska, adwokat, partner WKB Wierciński, Kwieciński, Baehr Sp. k. w Warszawie.

Zdaniem rządowych urzędników większość opinii, raportów czy koncepcji nie mieści się w pojęciu wyjątków od zasady (patrz infografika). – W urzędach dochodzi do plagi kradzieży własności intelektualnych przez dyrektorów. Ci chcą zabłysnąć u ministra lub wojewody i pochwalić się owocem przygotowanego superdokumentu, przy którym często nawet nie kiwnęli palcem – potwierdza dr Stefan Płażek, adiunkt z Uniwersytetu Jagiellońskiego, ekspert od administracji państwowej.

Urzędnicy przekonują, że chodzi im nie o dodatkowe pieniądze, lecz o podpisywanie ich obszernych prac imieniem i nazwiskiem.

Innego zdania są przełożeni.

– Jeśli w urzędzie, w którym rocznie tworzy się ok. 100 tys. dokumentów, mielibyśmy oceniać, który z nich jest dziełem, to koszty administracji wzrosłyby nawet o 20 proc. – podlicza Mirosław Chrapusta, dyrektor wydziału prawa i nadzoru Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego. – Jeśli urzędnicy wykonują raport na rzecz urzędu, to mamy do czynienia z wytworem jego pracy, a nie twórczości – dodaje. Zaznacza, że dyrektor bierze odpowiedzialność za dokument na siebie i jeśli jest dobrze napisany, to jest jego zasługa, bo odpowiednio pokierował pracownikiem, a autor może przecież otrzymać za to nagrodę pieniężną.

Według urzędników ich szefowie często uważają, że każdy wynik wykonywanej pracy mieści się w pojęciu materiału służbowego. A ten nie jest zdefiniowany w prawie autorskim.

Naczelny Sąd Administracyjny wskazał w wyroku z 19 lutego 1997 r. (sygn. akt I SA/Kr 1062/96), że pojęcie materiału urzędowego jest pojemne i w jego zakresie mieścić się będzie to wszystko, co nie jest dokumentem. Również Sąd Najwyższy w wyroku z 26 września 2001 r. (sygn. akt IV CKN 458/00) orzekł, że materiałem urzędowym będzie zatem to, co pochodzi od urzędu lub innej instytucji państwowej bądź dotyczy sprawy urzędowej, bądź powstało w rezultacie zastosowania procedury urzędowej.

Urzędnicy przekonują, że w przepisach dotyczących prawa autorskiego jako grupa zawodowa nie zostali wykluczeni ze stosowania ochrony przewidzianej dla twórców. Można więc ich zdaniem przyjąć, że niektóre sporządzone przez nich dokumenty powinny być objęte prawem autorskim.

– Jest bardzo cienka granica między raportami, które są kompilacją np. kilku ogólnodostępnych dokumentów urzędowych, a takimi, które wymagają od urzędnika wkładu twórczego. Żaden przepis prawa autorskiego nie uchyla regulacji dotyczących praw osobistych – mówi Agnieszka Wiercińska-Krużewska.

Tłumaczy, że jeśli coś jest utworem, nawet pracowniczym, to urzędnik ma prawo domagać się, aby jego autorstwo, czyli dobra osobiste, zostało uszanowane, np. prawo do niezmieniania dokumentu bez jego zgody.

Urzędnicy uważają, że w takich sytuacjach powinny przysługiwać im przynajmniej osobiste prawa autorskie, o których jest mowa w art. 16 ustawy z 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (t.j. Dz.U. z 2006 r. nr 90, poz. 631 ze zm.). Chronią one nieograniczoną w czasie i niepodlegającą zrzeczeniu się lub zbyciu więź twórcy z utworem.