Bo co tu dużo mówić, prawidłowa utylizacja takich śmieci to bardzo kosztowne działanie. Tak bardzo, że firmy poszukują alternatywnych rozwiązań. Dalekich od zgodności z prawem. Od lat dziś niewygodne śmieci upycha się nielegalnie po zrujnowanych stodołach, opuszczonych działkach czy zamkniętych zakładach przemysłowych. I taka ekologiczna bomba tyka do czasu, aż ktoś ją odkryje. A wtedy nie wiadomo już, kto podrzucił śmieci. Nawet jeśli udało się kogoś złapać za rękę, to był to tzw. słup niedysponujący żadnymi środkami umożliwiającymi ich unieszkodliwienie. I z takim kukułczym jajem musi radzić sobie gmina.

Nawet jeśli się uda uzyskać wsparcie z funduszu ochrony środowiska, koszty idą w miliony złotych. A sam proceder ewoluuje. Do gry wchodzą bowiem coraz częściej firmy działające legalnie, mające stosowne zezwolenia. Odbierają one niebezpieczne śmieci. Jednak zamiast przekazywać je wyspecjalizowanym zakładom, stawiają na tańsze rozwiązania. Mieszają szkodliwe substancje z gruzem (co jest prawnie zakazane) i zasypują wyrobiska czy stare wykopy, często znajdujące się na terenach gminnych. Nierzadko jeszcze pod hasłem rekultywacji terenu – czyli proekologicznego działania. Zadowoleni są wszyscy. Firma produkująca odpady zapłaciła mniej, odbiorca śmieci zarobił, a gmina zyskała „zrekultywowany” teren. Gdy, na ogół za sprawą mieszkańców, szwindel zostanie wykryty, zaczynają się narzekania - że dziurawe prawo nie pozwala na skuteczne karanie winnych, że nie ma możliwości zamknięcia firm zamieszanych w taki proceder, że inspekcja ochrony środowiska jest nieliczna i niedoinwestowana.

Pytani przez nas eksperci pokazują, że jednak sankcje w odpadowych przepisach są. I można z nich korzystać. Problem w tym, żeby samorządy robiły to częściej i szybciej, bo do tych możliwości sięgają zbyt rzadko.

ZAINTERESOWAŁ CIĘ TEN TEMAT? CZYTAJ WIĘCEJ W TYGODNIKU GAZETA PRAWNA >>>