DGP dotarł do projektu ustawy o wsparciu kredytobiorców znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej. Oferta skierowana będzie do trzech grup: tych, którzy stracili pracę, zadłużonych, w przypadku których wartość nieruchomości jest niższa niż wartość kredytu, oraz osób, które mają kłopot ze spłatą, bo wysokość raty przekracza 60 proc. dochodów ich gospodarstwa domowego.

Uprawnieni mogliby liczyć, że przez półtora roku spłatę rat ich kredytu – do wysokości 1500 zł miesięcznie – przejmie na siebie państwo. Nie będzie to jednak pomoc bezzwrotna, gdyż ci, którym zostanie udzielona, będą później musieli pieniądze oddać. Warunki byłyby dogodne, państwo nie naliczałoby odsetek, a zwrot miałby się zacząć dwa lata po zakończeniu udzielania pomocy i mógłby zostać rozłożony na miesięczne raty na osiem lat.

Aby pomoc trafiła faktycznie do potrzebujących, projekt wprowadza kilka ograniczeń. Do osób, które nie mają dzieci lub mają jedno, pomoc trafi tylko, jeśli powierzchnia ich mieszkania nie przekracza 75 mkw., a domu 100 mkw. W przypadku rodzin z dwójką dzieci te kryteria rosną odpowiednio do 100 i 150 mkw. Dla rodzin mających więcej niż dwoje dzieci takich limitów nie będzie. Jeśli ustawa wejdzie w życie, nie będą z niej mogły skorzystać osoby, które posiadają lub wynajmują inne mieszkanie czy dom.

– Podstawowa zasada, jaką się kierujemy, to uniknięcie faworyzowania jakiejkolwiek grupy kredytobiorców. Naszym celem jest stworzenie możliwości udzielenia wsparcia każdemu, kto znajdzie się w trudnej sytuacji materialnej – mówi DGP Izabela Leszczyna, posłanka PO i wiceminister finansów.

Kredytobiorca będzie musiał złożyć wniosek w starostwie powiatowym, w którym znajduje się kredytowana nieruchomość.

Jaka procedura

We wniosku będzie musiał wskazać, na jakiej podstawie ubiega się o pomoc: jeśli stracił pracę, to podstawą do przyznania pomocy będzie status bezrobotnego. Pomoc ma nie dotyczyć osób, które same się zwolniły lub zostały zwolnione przez pracodawcę z ich winy. W oświadczeniu osoba wnioskująca o pomoc ma też pokazać wyliczenie dotyczące wysokości raty kredytu mieszkaniowego w proporcji do innych dochodów. Pismo ma być uzupełnione o informacje banku zawierające dane o rachunku, na który spłacany jest kredyt, jego walucie i wysokości kolejnych 18-miesięcznych rat czy relacji wartości kredytowanego mieszkania do sumy kredytu.

Jeśli decyzja starosty będzie pozytywna, to wpłat na wskazane rachunki banków ma dokonywać Bank Gospodarstwa Krajowego. Jeśli pomoc dotyczy kredytów walutowych, spłata ma się odbywać w walucie kredytu, a wysokość raty ma być liczona po kursie NBP. Pomoc ma zostać wstrzymana, jeśli kredytobiorca sprzeda nieruchomość lub przestanie spełniać kryteria przyznania wsparcia, np. wróci do pracy.

Jak ma działać pomoc

Jeśli założymy, że wsparcie będzie maksymalne i trafi do właściciela mieszkania, za którego BGK będzie płacił przez półtora roku 1500 zł miesięcznie, to pomoc wyniesie 27 tys. zł. Spłata tych pieniędzy będzie się mogła zacząć dwa lata po ostatniej transzy z BGK i ma być rozłożona na 96 równych rat. W tym przypadku taka miesięczna rata wynosiłaby 281 zł. Czyli od momentu podjęcia decyzji przez starostę o przyznaniu pomocy do zakończenia jej zwrotu minie 11,5 roku.

Kto zapłaci za fundusz

Pieniądze ze spłat rat pomocowych będą wykorzystywane do finansowania wsparcia dla kolejnych osób mających kłopoty z obsługą kredytu. Projekt ustawy przewiduje, że w momencie uruchomienia programu w BGK zostanie utworzony specjalny Fundusz Wsparcia Kredytobiorców w wysokości 600 mln zł. Jego powstanie mają sfinansować banki, proporcjonalnie do wielkości portfela kredytów mieszkaniowych. Później może być dokapitalizowany także przez banki, ale wysokość składek ma zależeć od tego, na ile klienci danej instytucji korzystali z pomocy funduszu. Pierwsza składka ma zostać zebrana trzy miesiące po wejściu ustawy w życie. Funduszem ma kierować rada, którą utworzą m.in. przedstawiciel banków, rzecznik finansowy, przedstawiciele ministra finansów i przewodniczącego KNF.

Projekt ustawy daje staroście możliwość zawieszenia spłaty rat pomocy, a nawet częściowego czy całościowego umorzenia spłaty. Tyle że w tym przypadku będzie musiał uzyskać zgodę rady funduszu.

Kiedy ustawa

Projekt jest gotowy i czeka na podpisy posłów PO. Możliwe, że Sejm rozpatrzy go na pierwszym powakacyjnym posiedzeniu w końcu sierpnia. Ale w planach jego przeforsowania przeszkodziły nieoczekiwane zmiany w ustawie o pomocy dla frankowiczów zaproponowane przez SLD, a poparte przez opozycję i koalicyjny PSL. – Istotą ustawy klubu PO było zdjęcie z frankowiczów ryzyka kursowego i solidarne podzielenie kosztów przewalutowania pomiędzy kredytobiorcę i bank w taki sposób, żeby frankowicz nie był w lepszej sytuacji niż ktoś, kto wziął kredyt w złotych. Poprawka SLD sprawia, że ustawa traci te cechy, a uprzywilejowanie zadłużonych w szwajcarskiej walucie wydaje się niekonstytucyjne – ocenia wiceminister finansów Izabela Leszczyna.

Zmiany zaproponowane przez SLD zwiększyły koszty dla banków, projekt wsparcia wszystkich kredytobiorców wymaga od nich wpłaty co najmniej 600 mln zł. Drugi powód obaw PO jest czysto polityczny, głosowanie w sprawie ustawy frankowej pokazało, że Platforma ma kłopoty z większością w Sejmie. To może oznaczać, że jeśli będzie próbowała forsować nowy projekt, to posłowie opozycji razem z PSL też mogą znacząco zwiększyć jego skutki finansowe. Dlatego nie można wykluczyć, że ze zgłoszeniem projektu ustawy powołującej Fundusz Wsparcia Kredytobiorców PO będzie czekała na wyjaśnienie, co się stanie z ustawą frankową.

W tej sprawie PO ma dwie drogi. Pierwsza to zmienić poprawki Sejmu w Senacie i dogadać się z PSL, by ten poparł stanowisko senatorów. Druga to wprowadzenie jakichkolwiek zmian w Senacie i odesłanie projektu ponownie do Sejmu. Konstytucja nie przewiduje terminu na rozpatrzenie stanowiska Senatu, więc jeśli Sejm nie zrobi tego do końca kadencji, to zgodnie z zasadą dyskontynuacji ustawa przepadnie. – Postępowanie ustawodawcze jest zamykane i po prostu nie ma tej ustawy – wyjaśnia konstytucjonalista dr Ryszard Piotrowski.

Żadna z tych możliwości nie jest optymalna politycznie. Gdy ustawa wróci z Senatu, a PO będzie chciała odwrócić zmiany sejmowe, opozycja będzie ją krytykowała jako adwokata banków. Z drugiej strony nieprzyjęcie ustawy to przekreślenie starań o względy frankowiczów przed wyborami. Wejście prawa w życie w obecnej formie jest mało prawdopodobne, bo szef EBC zasugerował jej niezgodność z prawem unijnym, są też wątpliwości co do jej konstytucyjności. Możliwe zatem, że z powodu kłopotów z ustawą frankową PO dojdzie do wniosku, że najlepszym wyjściem jest kompleksowe zastąpienie jej ustawą o wsparciu kredytobiorców w ciężkiej sytuacji finansowej. ©?

ROZMOWA

Potrzeba całościowej polityki, a nie doraźnych działań

Czy projekt PO pomoże realnie osobom mającym kłopot ze spłatą kredytów?

Problem polskiej polityki, nie tylko mieszkaniowej, polega na doraźności. Pomoc dla biednych powinna być rozwiązana systemowo, np. przez rozwój budownictwa czynszowego czy polityki ukierunkowanej na tanie budownictwo. A my mamy coraz więcej działań akcyjnych, nie ma całościowej polityki. Kiedyś był urząd mieszkalnictwa, który zlikwidowano, zakładając, że rynek rozwiąże kłopoty. Okazało się jednak, że mnóstwo ludzi popada w tarapaty, pragnąc rozwiązać swoje problemy mieszkaniowe. Oni nie mają wielkiego wyboru. Albo drogi wynajem, albo kupno własnego mieszkania, które w obliczu niepewności na rynku pracy powoduje, że coraz więcej osób może mieć kłopoty ze spłatą kredytu. Jeśli fundusz będą utrzymywały banki, to wrzucą składkę w koszty oprocentowania i pokryje je klient. Nie wiem, czy mnożenie pomysłów jest dobre, bo mamy właśnie wprowadzoną upadłość konsumencką, która powinna być adresowana do osób mających kłopoty z obsługą zadłużenia.

Fundusz wsparcia, który ma pomóc uchronić przed upadłością i jej skutkami, ma sens czy go nie ma?

Z tego punktu widzenia taka pomoc jest niezbędna, ale szkoda, że nie jest wpisana w całościową strategię. Taka długofalowa polityka mieszkaniowa zamiast doraźnych działań zmniejszałaby ryzyko manipulacji przez rządy w latach wyborczych.

Boi się pani, że to może być jak z ustawą frankową: wchodzi jedno rozwiązanie, a wychodzi drugie?

Właśnie. Ta propozycja może być pomocna, ale biorąc pod uwagę trzy powody: sytuację na rynku pracy, sytuację demograficzną i emigrację trzeba budować kompleksowe rozwiązania. Bo to niepewność co do zdobycia czy zachowania pracy, niepewność co do własnego lokum powoduje, że młodzi ludzie nie decydują się na dzieci. W efekcie nasz wskaźnik dzietności zamiast 2 nie przekracza 1,4, a Polacy wyjeżdżają.

Czy ta całościowa polityka powinna być nastawiona na własne mieszkania, czy mieszkania na wynajem?

Opcja zakupu powinna być dla bogatszych, ale głównie powinniśmy wspierać tanie budownictwo czynszowe. Chodzi o rozwiązania, niekoniecznie zmierzające do budowy mieszkań, ale także adaptacji istniejących powierzchni. To powinny być rozwiązania gwarantujące mieszkania o w miarę niskim czynszu. Nie chodzi o to, by deweloperzy robili dobry interes, ale by taka strategia mieszkaniowa była włączona w inne działania państwa, np. wspierające walkę z bezrobociem. Można osobom bez pracy dawać tzw. bony mieszkaniowe ułatwiające przeprowadzkę w rejony kraju, gdzie łatwiej o zatrudnienie. To pokazuje, że potrzebne jest nie tylko wsparcie finansowe, lecz także działania dotyczące zagospodarowania przestrzennego w skali kraju czy rynku pracy.