Kolejny pomysł związany jest z tworzeniem klas przygotowawczych dla dzieci, które niezbyt dobrze znają języka polskiego, albo wcale go nie znają. Kwota subwencji z budżetu na takie dziecko wzrośnie o blisko 1,5 tys. zł i wyniesie w sumie co najmniej 7 tys. zł, a w małych miejscowościach nawet więcej. Takie rozwiązanie może ma swoje zastosowanie w ośrodkach dla uchodźców, bo nie w miejscowościach, w których np. będą przyjmowane pojedyncze rodziny. W ich przypadku pozostaje więc indywidualna pomoc ze strony gmin, bo raczej nie będzie stać ich na utworzenie oddziału dwu- lub trzyosobowego. Jak się już wcześniej wielokrotnie przekonaliśmy, większość włodarzy nie chce okazywać imigrantom dobrej woli i ich przyjmować. Powód? Strach przed zarzutami o faworyzowanie ich kosztem mieszkańców. Tymczasem resort edukacji przyznaje, że w przyszłym roku w polskich szkołach może się pojawić nawet 1,5 tys. dzieci, które nie znają naszego języka ojczystego. Nie możemy więc udawać, że nic się nie dzieje. I trudno się tu nie zgodzić z Joanną Kluzik-Rostkowską, była szefową MEN, że dzieci uchodźcy potrzebują dodatkowych klas i pieniędzy, a także nauki.

Wsparcia potrzebują też nauczyciele. Mało kto tłumaczy przyszłym nauczycielom lub nawet tym z dużym doświadczeniem, że np. w islamie pies jest zwierzęciem nieczystym i muzułmańskie dzieciaki nie będą chciały akurat tej postaci kolorować.

Resort nie powinien więc obcinać pieniędzy na szkolenia pedagogów, tak jak to robiły poprzednie ekipy, tylko przygotować nauczycieli do pracy z uczniami także z innych kultur. I nauczania polskich uczniów tolerancji, by były gotowe na różne sytuacje, także kolegów z Syrii, czy też dzieci polskich obywateli wracających z Wielkiej Brytanii. Bądźmy pod tym względem profesjonalistami.