„Nie wszyscy mają świadomość, że poza wydawcami – na proponowanych zmianach – najwięcej straci środowisko lokalnych księgarzy, którzy obecnie zaopatrują w podręczniki uczniów małych miast. Sprzedaż podręczników jest niezwykle istotna dla lokalnych księgarzy przede wszystkim z punktu widzenia ekonomicznego, zwłaszcza w obliczu systematycznie spadającej sprzedaży literatury. Co za tym idzie – księgarnie upadną” – napisał kilka dni temu w liście do resortów edukacji i kultury Konrad Słomina, dyrektor handlowy sieci księgarni i hurtowni edukacyjnych Polanglo. Pod jego apelem podpisało się do tej pory ponad 300 właścicieli małych księgarni.

– W ubiegłym tygodniu MEN wreszcie spotkało się z wydawcami i porozmawiało o planowanych zmianach. Kiedy dowiedzieliśmy się o tym spotkaniu, też dzwoniliśmy tam z prośbą o pozwolenie na udział w nim. Odmówiono nam jednak, stwierdzając, że księgarze pani minister nie interesują – żali się Henryk Tokarz, właściciel księgarni w Żninie oraz szef Izby Księgarstwa Polskiego. – Pani minister nie wie lub nie chce wiedzieć, że dziś podręczniki stanowią od 30 do 70 proc. obrotu tych księgarni, które mają je w swojej ofercie. A ma je większość – dodaje.

Sytuacja rynku księgarskiego rzeczywiście jest nie najlepsza. W ciągu trzech lat z mapy Polski zniknęło ponad 500 księgarni. Pod koniec ubiegłego roku było ich już tylko 2,8 tys. Oczywiście równolegle powstają nowe, ale w tym przypadku dynamika jest mniejsza. Jeszcze w 2011 r. założono 189 księgarni. Ale już w 2012 r. – 118. I w większości są to nowe oddziały dużych sieci: Empik i Matras. Ten rok może być jeszcze gorszy, co widać po danych z samego rynku książki. W 2011 r. obroty na nim spadły o 8 proc., w 2012 r. – o 2 proc, a w 2013 r. – o kolejne 0,5 proc.

– Bezpłatne książki dla dzieci z klas I–III będą dla nas naprawdę dużym zmniejszeniem obrotów – dodaje Henryk Tokarz i mówi, że w jego ocenie może to dotknąć nawet 1,8 tys. spośród wszystkich 2,8 tys. księgarni. – Albo zaczną się zamykać, albo zmienią w sklepy wielobranżowe – wzdycha.

– Ja już teraz się zastanawiam, czy nie będę musiała sprzedawać zupek chińskich – przytakuje Lucyna Szymkowiak, szefowa Księgarni Szkolnej w Gostyniu. – Na razie dajemy sobie radę, uzupełniając ofertę książkową artykułami papierniczymi, ale bez podręczników nie będziemy w stanie się utrzymać. Zresztą nie wierzę, że pomysł z wieloletnimi podręcznikami się uda. Dzieci bardzo często niszczą i gubią książki. To normalne, bo to przecież maluchy. Ale środki, jakie będzie musiało przeznaczyć państwo na ten program, będą znacznie większe, niż się dziś zapowiada. Szkoda tylko, że nikt przy okazji nie pomyślał, by jakoś wesprzeć rynek księgarski – dodaje Szymkowiak.