Nie jestem przekonany, czy naprawdę uświadamiamy sobie wszystkie konsekwencje tego faktu. Weźmy debatę dotyczącą zmian w Karcie nauczyciela. Samorządy chcą jej ograniczenia bądź nawet likwidacji, twierdząc, że nie pozwala im efektywnie zarządzać szkołami i zwiększa koszty. Nauczyciele bronią jej jak mogą przekonani, że nowe oznaczałoby dla nich jedno – mniej pieniędzy i więcej pracy. Obie strony okładają się argumentami, rząd przygląda się w milczeniu i nagle pojawia się PISA. I co się okazuje? Wniosek pierwszy: nasz system edukacyjny jest efektywny. Wniosek drugi: jeśli jest efektywny, to nie wymaga rewolucji. I w końcu trzeci, najstraszniejszy: jeśli nie wymaga rewolucji, to nie możemy zmieniać zapisów w Kracie nauczyciela (ani jej znosić), bo taka zmiana byłaby ową rewolucją.

Wiem, trudno to przyznać, nie na rękę to rozumowanie zwłaszcza samorządom, bo one duszą się pod ciężarem kosztów. Przyznajmy jednak, że w likwidacji karty chodzi o pieniądze. A szkoły mają być nie tańsze, ale lepsze. Więc pogódźmy się z tym, że lepsze stały się – podoba się czy nie podoba – właśnie z Kartą nauczyciela.

Nie pozostaje więc nic innego, jak się z ową kartą przeprosić. Co niniejszym czynię.