Będziemy krzyczeć i walić pięściami w stół?

Nie sądzę.

Dlaczego broni pan Karty nauczyciela, która prowadzi do patologizacji tego zawodu? Sprawia, że lgną do niego słabeusze, bo pod jej ochroną czują się bezpiecznie. A zdolni, którzy chcą zarabiać lepiej, idą do szkół prywatnych.

Jest między nami taka różnica, że ja ten dokument znam, a pani nie. I pewnie dlatego w pytaniu jest wiele nieprawdziwych tez. Minister edukacji Mirosław Handke, modyfikując ten dokument, miał na uwadze to, aby do szkół przychodzili najlepsi. System awansu zawodowego miał motywować do rozwoju i tę nadzieję spełnił. Jeśli gdzieś tak się nie dzieje, to głównie z powodów ekonomicznych.

Znów to samo: nauczyciele za mało zarabiają. W szkołach niepublicznych karta nie obowiązuje, więc satysfakcja finansowa zatrudnionych tam osób jest często dużo większa.

Nikt mi nie wmówi, że w szkołach niepublicznych nauczyciele zarabiają więcej. Często zatrudnieni są na umowach śmieciowych, na określony czas – czyli 10 miesięcy – i nikt im nie płaci za wakacje. I nieprawdą jest, że idą tylko najlepsi. Idą także ci, którzy nie mają wyboru.

To chyba żyjemy w dwóch różnych światach. Znam szkoły, które ściągają najlepszą kadrę i dobrze ją opłacają.

Polska nie składa się jedynie z dużych miast, lecz także z małych gmin, w których czasem szkoła jest jedynym zakładem pracy. Jeśli nauczyciel dyplomowany godzi się pracować za 1,5 tys. zł miesięcznie bez wakacji, bez opłacanych w tym czasie składek, to dlatego że nie ma innego wyjścia. Ale zakładając, że likwidujemy kartę – czy nagle zarobki nauczycieli wzrosną? Sądzę, że wręcz przeciwnie. Świadczą o tym przykłady szkół, gdzie karta nie działa. Wszędzie nauczyciele muszą się wspomagać myślą, że wykonują rodzaj misji. I mają jeden wielki przywilej: wychowywać i uczyć przyszłe pokolenia. Kształtować ich ciała, umysły i dusze.

Górnolotnie. Ale ja nie wymagam od nauczycieli, żeby mieli misję. Chcę, żeby porządnie wykonywali robotę, z której będą rozliczani.

Ależ nie ma zawodu, który byłby tak bardzo rozliczany i kontrolowany, jak ten: przez uczniów, rodziców, wreszcie przez organy prowadzące i nadzorujące.

To teoria. Jeśli nauczyciel osiągnie pewien poziom awansu zawodowego, niemal nie sposób go zwolnić.

Nieprawda. W każdej grupie zawodowej rozwiązanie stosunku pracy z pracownikiem zatrudnionym na etat jest problematyczne: stąd furorę wśród pracodawców robią umowy śmieciowe. Niemniej nie jest to niemożliwe. W przypadku nauczyciela wystarczy, żeby dostał jedną ocenę negatywną, i może żegnać się z pracą.

To przypadki rzadkie i zdarzają się w sytuacjach skrajnych, jak ostry alkoholizm czy molestowanie.

Są możliwości prawne, pozostaje pytanie, kto nie chce z nich korzystać. Wiem to z własnego doświadczenia jako były dyrektor szkoły.

Może zwycięża chęć do życia w świętym spokoju i solidarność zawodowa?

W szkole szefem, niemal bogiem jest dyrektor, który powinien mieć umiejętności i kompetencje, aby ocenić kadrę. W pierwszej kolejności należy pomóc nauczycielowi, zwłaszcza początkującemu. I jeśli ktoś jest słaby i mimo wsparcia nie radzi sobie, dyrektor powinien pożegnać się z tą osobą i zatrudnić kogoś lepszego. Mieć odwagę, aby powiedzieć: nie nadajesz się do tego zawodu. Ale wielu tego nie robi.

Więc całe zło leży nie w Karcie nauczyciela, lecz po stronie dyrektorów.

To istota sporu z samorządami. One mają monopol na powoływanie dyrektorów szkół i wielu z nich to dobrzy fachowcy. Ale w wielu przypadkach jakość kadry woła o pomstę do nieba, bo część dyrektorów, zamiast zajmować się szkołą, myśli o tym, co zrobić, by zostać wybranym na drugą kadencję. Wiem, że część kolegów poczuje się oburzonych, ale byłoby lepiej, gdybyśmy zmienili sposób wyboru dyrektorów.