Rozpoczynający karierę w oświacie, na początku mogą liczyć na niewielkie wynagrodzenie sięgające niespełna 2 tys. zł na rękę. Z kolei nauczyciele z 10-letnim stażem mogą dojść do najwyższego awansu zawodowego i zarabiać całkiem przyzwoicie.

By zobaczyć, jak duża jest rozpiętość płac, przeprowadziliśmy sondę wśród samorządowych szkół. Zapytaliśmy, jakie miesięczne pensje otrzymywali nauczyciele i dyrektorzy w poszczególnych regionach. Zastrzegliśmy, że nie interesują nas nagrody jubileuszowe czy odprawy. Okazało się, że wśród pedagogów rekordziści zarabiali nawet 11 tys. zł brutto miesięcznie, a dyrektorzy – o tysiąc złotych więcej.

Gdzie jest najlepiej

Z sondy wynika, że np. w Żywcu i Oławie najlepiej zarabiający nauczyciele mogli liczyć na pensje rzędu 6–7 tys. zł brutto. Z kolei w Częstochowie, Kobierzycach, Suchej Beskidzkiej, Inowrocławiu najwyższe nauczycielskie płace plasowały się między 7 a 8 tys. zł brutto. W Pruszkowie, Tychach, Białymstoku, Rzeszowie i Warszawie (Wola) nauczyciel otrzymywał maksymalne wynagrodzenie w przedziale 8–9 tys. zł. W szkołach w Łomży i Bydgoszczy najlepiej opłacani pedagodzy mogli liczyć na 10–11 tys. zł brutto. Z kolei w Ciechanowie nauczyciele mogli zarobić do 10 tys. zł, ale byli też tacy, którzy jednorazowo otrzymywali nawet 16 tys. zł.

– Wynagrodzenia powyżej 10 tys. zł wynikają z wypłacenia jednorazowych składników, takich jak odprawa emerytalna, nagrody, ekwiwalent za urlop, nagroda jubileuszowa – wyjaśnia Olga Zmudczyńska-Pabich z urzędu miasta w Ciechanowie.

Skąd jeszcze biorą się takie kwoty? Jedna z nauczycielek dyplomowanych wychowania wczesnoszkolnego ze stołecznej podstawówki (dane do wiadomości redakcji) przyznała w rozmowie z DGP, że poza 18-godzinnym pensum zajęć dydaktycznych ma dodatkowe godziny pracy w świetlicy i na rękę zarabia blisko 5 tys. zł. Na takie wynagrodzenie wpływają też odpowiednio wysoki dodatek motywacyjny i stażowy. Ten ostatni wynosi u niej 20 proc. wynagrodzenia zasadniczego (czyli maksymalną stawkę przewidzianą przez Kartę nauczyciela). Na początku roku szkolnego z tytułu 30-letniego stażu pracy dostała też nagrodę jubileuszową, która wnosi 150 proc. wynagrodzenia, czyli ok. 7 tys. zł na rękę. I jak zaznaczyła, nie jest w czołówce najlepiej zarabiających nauczycieli.

Więcej dla specjalistów

Związkowcy bagatelizują te kwoty.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

– Osobiście nie znam nauczycieli, którzy zarabialiby takie pieniądze. Ale zakładając, że jest ich w skali całego kraju góra 1 proc., to mamy ok. 6 tys. osób na ponad 600 tys. wszystkich nauczycieli. To są wyjątki, które potwierdzają regułę, że uczący zarabiają słabo – mówi Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

– Należy jednak przyznać, że przepisy Karty nauczyciela nie zabraniają zawierania z nauczycielami umów o pracę, które zakładają wyższe wynagrodzenie. A tak się dzieje w sytuacji, gdy w szkole brakuje określonych specjalistów – dodaje.

I właśnie na takie rozwiązania decyduje się coraz więcej gmin, które chcą do szkół przyciągnąć najlepszych, aby podwyższyć jakość kształcenia.

– Znacznie więcej płacimy nauczycielom, którzy są lingwistami oraz uczą informatyki – mówi Krzysztof Chaciński, burmistrz Radzymina. – Na tej podstawie dochodzimy do wniosku, że KN jest archaiczna, bo gwarantuje wynagrodzenie, za które osoby z określonymi kwalifikacjami nie chciałyby u nas pracować – dodaje.

– W naszym mieście średnie wynagrodzenia nauczycieli (wszystkie stopnie awansu zawodowego) są najwyższe w całej Polsce, jeśli weźmie się pod uwagę samorządy zatrudniające więcej niż 750 pedagogów. Do tego zestawienia nie liczyliśmy, ile dodatkowo dorabiają w innych naszych placówkach czy też w niepublicznym szkolnictwie – mówi Maciej Krzemiński, dyrektor Zarządu Jednostek Oświatowych – Jednostka Budżetowa Urzędu miasta w Płocku.

Kontrowersyjny motywacyjny

Samorządowcy przyznają, że nauczyciel z co najmniej 20-letnim stażem ma szanse na dobre zarobki, jeśli otrzymuje dodatkowe godziny ponadwymiarowe i zastępstwa. Na wysokość miesięcznej pensji w znacznym stopniu wpływa też dodatek motywacyjny. Ten jest indywidualnie określany przez samorządy. Na przykład w Warszawie w ubiegłym roku był wypłacany w wysokości do 2,4 tys. zł. O ten składnik wynagrodzenia najczęściej mają pretensje nauczyciele. Uważają, że dyrektorzy przyznają go zaufanym osobom. W jednej ze szkół na Mazowszu nauczyciele domagali się od swojego przełożonego ujawnienia jego wysokości i uzasadnienia kwot. Niestety ich żądanie nie zostało spełnione.

– Dodatek motywacyjny powinien być ujawniony, bo jego wysokość zależy najczęściej od tego, kogo dyrekcja lubi bądź nie. Ludzie kierownictwa mogą liczyć na wysokie wynagrodzenia. W każdym roku szkolnym otrzymujemy jednak informacje, że nie ma podstaw prawnych do upubliczniania tych kwot i na tym dyskusja się kończy – mówi Katarzyna Waśkiewicz, nauczycielka.

Resort edukacji stoi w tej kwestii murem za szefami placówek.

– Zgodnie z obowiązującymi przepisami dyrektor szkoły ma obowiązek ochrony informacji o wynagrodzeniu pracowników, co wynika m.in. z art. 111 k.p., który stanowi, że pracodawca jest obowiązany szanować godność i inne dobra osobiste pracownika – przekonuje Anna Ostrowska, rzecznik MEN. – W świetle przepisów art. 23 i 24 k.c. podanie przez dyrektora do publicznej wiadomości wysokości dodatku motywacyjnego przyznawanego poszczególnym pracownikom stanowiłoby więc naruszenie ich dóbr osobistych – dodaje.