Po ponad dwóch latach prac projekt ustawy 2.0 wkracza w ostatnią fazę. Drugiego dnia rozpoczynającego się jutro posiedzenia Sejmu odbędzie się jego pierwsze czytanie. Czy na etapie prac parlamentarnych planujecie jakieś zmiany?

Co do zasady projekt nie powinien ulec większym modyfikacjom. Takie są ustalenia polityczne. Będziemy rekomendować zmiany, które wpisują się w dotychczasowy nurt oraz dodatkowo poprawki związane z polityką prorodzinną. Jedna z nich zakłada, że kobieta w ciąży otrzyma możliwość automatycznego przejścia na urlop dziekański. Decyzja w tej kwestii nie będzie już zależeć od uczelni. Planujemy też dodanie przepisu, zgodnie z którym kobieta, która urodziła dziecko, uzyska prawo do ubiegania się o indywidualny tok studiów. W tym wypadku również nie będzie zależna od arbitralnej decyzji władz szkoły wyższej. Zamierzamy również wprowadzić zmiany dotyczące możliwości tworzenia własnych programów stypendialnych przez jednostki samorządu terytorialnego. Chodzi o regulacje, zgodnie z którymi będą one mogły wymagać od osób, które skorzystały z ich wsparcia, przepracowania na obszarze gminy dwóch czy trzech lat. Będzie to sposób dla samorządów na zachęcenie absolwentów do pracy na terenie konkretnej jednostki samorządu terytorialnego.

Niedawno Biuro Analiz Sejmowych opublikowało ekspertyzy na temat projektu ustawy 2.0. Wyjątkowo krytyczne są szczególnie te przygotowane przez prof. Jarosława Szymanka, głównego specjalistę BAS. Wynika z nich, że reforma jednoznacznie negatywnie odbije się m.in. na szkołach wyższych zlokalizowanych we wschodniej Polsce i w konsekwencji na całym regionie. Niepewny los czeka np. Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, który ma stracić status uniwersytetu. Jak pan odniesie się do tych zarzutów?

Wnioski płynące z tych analiz są za daleko idące. Uczelnie regionalne nie będą w żaden sposób marginalizowane. Mam wrażenie, że analiza została wykonana na bazie nieaktualnej wersji projektu ustawy. Z tego, co wiem, to w zmodyfikowanej wersji ekspertyzy już takich daleko idących prognoz nie ma. Wiele uwag, które pojawiają się w publicznej dyskusji, bazuje na pewnych mitach i emocjach. Odnosząc się natomiast do zarzutów, to po pierwsze, w art. 16 ust. 4 projektu jest mowa wprost o utrzymaniu przez uczelnie dotychczasowych nazw. Po drugie, kwestie uprawnień szkół wyższych do nadawania stopni naukowych (doktora i doktora habilitowanego) będą zależne już od kategorii B+. Natomiast większość uczelni, o których mowa w tych opiniach, ma co najmniej jedną kategorię A oraz bardzo wiele kategorii B, które w przyszłości w wielu przypadkach będą B+. Przypomnijmy, że obecnie kategoria B+ nie istnieje (powstanie w 2021 r.).

Czy wspomniany UMCS zalicza się do nich?

UMCS ma kategorię A na Wydziale Chemii. Przypomnijmy, że jest to kategoria wyższa od planowanej B+. Na wszystkich pozostałych ma kategorię B. Tak jak wspominałem, te uczelnie, które obecnie mają kategorię B, w przyszłości, w wielu przypadkach, uzyskają kategorię B+. Dzięki temu będą miały uprawnienia do doktoryzowania i habilitowania (tego drugiego uprawnienia wiele z nich obecnie nie ma). Część oczywiście zdobędzie kat. B, ale pamiętajmy, że kategorie będą przyznawane w dyscyplinach. Czyli historia będzie porównywana z historią, chemia z chemią itd. Dlatego nieuzasadnione są obawy, że nagle w poszczególnych dyscyplinach znikną uprawnienia do nadawania stopni.

A może warto byłoby przedstawić symulację działania zaproponowanego systemu? Wówczas nie byłoby żadnych niedomówień.

Bezpośrednie przełożenie obecnych kategorii na nowe nie jest możliwe, ponieważ nowa ustawa zakłada duże zmiany dotyczące ewaluacji uczelni, o które wnioskowało środowisko akademickie przytłoczone dotychczasowym systemem „punktozy”. Po pierwsze, nie będą porównywane ze sobą wydziały, tylko dyscypliny, co zresztą jest ważną i korzystną zmianą dla nauk społecznych i humanistycznych, ponieważ gwarantuje im niezależny system ocen w stosunku do innych dziedzin. Po drugie, dyscyplin będzie mniej, gdyż zostaną skonsolidowane. Trzecia kwestia to zmiany w wykazie czasopism i wydawnictw, które również wpłyną na ocenę końcową. I po czwarte, będzie doceniana też kwestia wpływu działalności naukowej na rozwój społeczeństwa i gospodarki. To na wniosek środowiska akademickiego odchodzimy od skrajnej „punktozy” na rzecz kryteriów jakościowych. Głęboko zmieniamy system ewaluacji, bo naukowcy dostrzegali, że nie jest on wystarczająco miarodajny. Natomiast jedno jest pewne: żaden minister nie dopuści do masowej utraty uprawnień przez uczelnie regionalne, ponieważ ich rozwój jest niezbędny dla rozwoju Polski. Zmiany, które proponujemy, mają przede wszystkim zmobilizować uczelnie do prowadzenia wysokiej jakości badań naukowych. Obecnie uprawnienia, w uproszczeniu, zależały w praktyce od liczby profesorów. Nieważne, czy aktualnie prowadzili oni badania naukowe. Chcemy od tej zasady odejść. Liczyć powinien się aktualny dorobek naukowy.

Negatywnie na temat zmian wypowiadają się też niektórzy naukowcy. Niedawno spora grupa podpisała się pod krytycznym wobec reformy listem otwartym do parlamentarzystów, którego współautorem jest prof. Jarosław Płuciennik z Uniwersytetu Łódzkiego. Wcześniej z podobną inicjatywą wystąpił prof. Marek Kornat z Instytutu Historii PAN. Jak resort odnosi się do tych wystąpień?

Proces prac nad ustawą był bardzo transparentny i długotrwały. Każdy mógł wziąć w nim udział. Dlatego jesteśmy zaskoczeni niektórymi inicjatywami. Oczywiście chętnie przyjmujemy wszystkie sugestie, które wpisują się w kierunek zaproponowanej przez nas reformy, tj. dotyczące projakościowych rozwiązań w badaniach naukowych czy zwiększenia autonomii uczelni jako całości. Natomiast na wszelkie uwagi zmierzające do zacementowania obecnego stanu reagujemy sceptycznie. Szczegółowo analizujemy krytyczne komentarze wypływające ze środowiska humanistów i nauk społecznych. W odniesieniu do tych dziedzin dokonamy pewnych korekt na poziomie rozporządzeń, które usatysfakcjonują krytyków.

Jakie to będą zmiany?

Przede wszystkim w procesie ewaluacji planujemy uwzględnić w większym zakresie monografie. Chcemy też rozszerzyć do 500 ministerialną listę czasopism – w dużej mierze będą to czasopisma z dziedziny nauk społecznych i humanistycznych, za publikację w których będzie można uzyskać punkty. W takim wykazie znajdą się periodyki, które ukazują się regularnie, mają jasny system recenzji, zdywersyfikowaną radę naukową, która kontroluje jakość wydawniczą. Niestety, obecnie wiele czasopism naukowych nie spełnia tych kryteriów.

Spore kontrowersje wywołało też wykreślenie w ostatnim momencie przepisu zrównującego do 65 lat wiek emerytalny kobiet i mężczyzn naukowców. Czy przewidujecie przywrócenie tego przepisu?

To była decyzja Rady Ministrów, żeby zastosowanie miały w tym wypadku przepisy ogólne. Chciałbym tylko zaznaczyć, że przejście w wieku 60 lat (w przypadku kobiet) na emeryturę jest prawem, a nie obowiązkiem. Zgodnie z aktualnym brzmieniem projektu nie można nikogo wysłać obowiązkowo na emeryturę. Niemniej jednak w tej kwestii rozważamy dwa scenariusze. Zastanawiamy się nad przywróceniem mianowania przy jednoczesnym zrównaniu dla kobiet i mężczyzn momentu jego wygaśnięcia. Ewentualnie rozważamy zrównanie wieku emerytalnego dla obydwu płci do 65 lat z jednoczesnym wprowadzeniem mechanizmu wygaszania stosunków pracy po osiągnięciu 67. roku życia. Co jednak istotne, projektowane przepisy nie obejmą osób, które są obecnie zatrudnione na podstawie mianowania. Do nich będą miały zastosowanie obecne regulacje.

A co ze stanem spoczynku? Jest szansa na jego wprowadzenie?

W tym wypadku mamy do czynienia z dylematem finansowym. Koszty stanu spoczynku byłyby na pewno bardzo duże. Obecnie nie ma projektu, który zakładałby wprowadzenie takiego rozwiązania. Nie wykluczamy jednak, że jeszcze w tej kadencji wrócimy do tego pomysłu, jeżeli znajdą się dodatkowe środki finansowe.

Część środowiska naukowego nie kryje jednak rozczarowania tym, że reforma, którą przygotował resort nauki, ominęła PAN. Dlaczego tak się stało?

Nie możemy zmieniać całego obszaru szkolnictwa wyższego i nauki jednocześnie. Reforma, którą obecnie przeprowadzamy, i tak ma bardzo szeroki zasięg – największy po 1989 r. W całość łączymy aż cztery ustawy: prawo o szkolnictwie wyższym, ustawę o stopniach i tytule naukowym, ustawę o zasadach finansowania nauki oraz ustawę o kredytach i pożyczkach studenckich. Już teraz niektóre nasze propozycje wywołują bardzo duże emocje. Włączenie do tego PAN mogłoby okazać się ciężarem nie do udźwignięcia. Z drugiej strony w przypadku szkół wyższych reprezentatywne grona jednoznacznie opowiedziały się za reformą i zaakceptowały jej kształt. Mam tu na myśli m.in. Radę Główną Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Konferencję Rektorów Akademickich Szkół Polskich, Parlament Studentów RP i Krajową Reprezentację Doktorantów. W przypadku PAN takiej zgodności co do kierunku zmian na razie nie widać. To też nie ułatwia sprawy.

Czy resort ma w ogóle w planach reformę instytutów PAN?

W tej chwili nie prowadzimy działań w tym zakresie. Gdy zakończone zostaną prace nad ustawą o szkolnictwie wyższym, wówczas będziemy rozważać, czy zajmiemy się instytutami PAN. Na razie reforma PAN nie jest wpisana do wykazu prac legislacyjnych rządu. Natomiast jesteśmy w środku prac legislacyjnych nad reformą części instytutów badawczych, które chcemy włączyć w Sieć Badawczą: Łukasiewicz.

Pana zdaniem, w którym kierunku powinny pójść zmiany?

Nie mamy wypracowanego stanowiska w tym obszarze. Myślę, że pogłębiona debata na ten temat jeszcze przed nami. Jeżeli zdecydujemy się na reformowanie PAN, to na pewno proces konsultacji będzie również głęboki, podobnie jak w przypadku projektu Konstytucji dla nauki.

Projekt ustawy 2.0 przewiduje stypendia dla doktorantów. Czy także ci z PAN mogą na nie liczyć?

Tak. Wszyscy doktoranci, którzy będą kształcić się w szkołach doktorskich utworzonych w instytutach PAN, będą objęci profitami, które pojawią się w związku z nową ustawą.

Krytyków reformy nie brakuje, czy nie obawiacie się, że po etapie parlamentarnym z reformy zostaną strzępy?

Nie. Decyzja polityczna wyrażona na wspólnej konferencji prasowej prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego oraz wicepremiera Jarosława Gowina jest taka, że projekt ma być procedowany szybko i najpóźniej w czerwcu uchwalony przez Sejm i Senat. Z kolei na przełomie czerwca i lipca powinien zostać przekazany panu prezydentowi.