Od 1 września gminy muszą zapewnić miejsca w przedszkolach trzylatkom. Jeśli w wyniku rekrutacji okaże się, że dla kogoś nie ma miejsca, wójt, burmistrz lub prezydent miasta jest zobowiązany wskazać inne – możliwie najbliższe tego, które pierwotnie wybrali opiekunowie. Tyle teoria.

W praktyce w małych miejscowościach są to często przedszkola, które znajdują się na terenie gminy, ale w innym sołectwie niż to, w którym mieszkają rodzice. Włodarzom nie można nic zarzucić, bo ofertę przedstawili. Rodzice mogą jedynie kwestionować tryb rekrutacji. Najczęściej po prostu rezygnują z posyłania maluchów do wyznaczonych placówek.

Nabór do przedszkoli i odwołanie

Nabór do przedszkoli i odwołanie

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Wolnych miejsc już nie ma

– Niestety, nie będę miał wyjścia i rodzicom niektórych trzylatków będę zmuszony zaproponować przedszkole w innej, oddalonej o 5 km miejscowości. Rozważam też uruchomienie oddziałów na pięć godzin, ale dla osób pracujących nie jest to komfortowe rozwiązanie. Zdaję sobie sprawę, że w tej sytuacji część z nich zrezygnuje z posyłania dzieci do przedszkola – mówi Mariusz Krystian, wójt gminy Spytkowice.

– Za wszystko należy winić przepisy i poprzednią ekipę, która przy nakładaniu na nas takiego obowiązku nie zadbała o pieniądze na rozwój infrastruktury przedszkolnej. Jeśli chciałbym otworzyć oddział przy szkole podstawowej na dziewięć godzin, to aby sprostać wymogom sanitarnym i przeciwpożarowym, musiałbym praktycznie całą placówkę przebudować. A na to, niestety, nie mamy pieniędzy – dodaje.

Podobna sytuacja jest w innych miejscowościach.

– Mamy problem z zapewnieniem miejsc wszystkim trzylatkom. Część przedszkoli jest oblegana i zmuszeni jesteśmy wskazywać inne placówki, często znacznie oddalone od tej, którą wybrał rodzic – potwierdza Ryszard Gliwiński, wójt gminy Zamość. Według niego dodatkowe trudności organizacyjne przy tworzeniu oddziałów przedszkolnych wynikają z konieczności zapewnienia pomieszczeń w szkołach podstawowych klasom siódmym, które powstaną od września.

– Na szczęście część rodziców nie wysłała trzylatków do przedszkola, a jeszcze inni umieścili je w prywatnym. Niezależnie od tego miałem oczywiście sytuacje, że musiałem dla niektórych trzylatków wskazywać przedszkole, które znajduje się w innym sołectwie – mówi z kolei Marcin Pająk, wójt gminy Zawoja. – Po prostu nie zawsze jest możliwość zapewnienia miejsc dla wszystkich chętnych dzieci. Takie zjawisko potwierdzają też organizacje pozarządowe, które pomagają rodzicom.

– Za taką sytuację ponoszą odpowiedzialność m.in. samorządowcy, którzy w latach 90. wyzbywali się infrastruktury przedszkolnej, a teraz mają problem z zapewnieniem odpowiedniej dostępności. Nie jest też dobrym rozwiązaniem umieszczanie takich dzieci w szkołach podstawowych, bo są zbyt małe, aby przebywały w takim środowisku – potwierdza Tomasz Elbanowski ze stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców.

Podobnie dzieje się w dużych miastach, choć tu nie jest to tak uciążliwe. Problem dotyczy zazwyczaj nowych osiedli, na których mieszka dużo młodych rodzin. – Zgłaszają się do mnie rodzice i proszą o przyjęcie, bo okazało się, że dyrekcja przedszkola, do którego dostały się maluchy, chce je umieścić w swojej filii w innej dzielnicy – opowiada nam Izabela Leśniewska, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 23 w Radomiu.

Pięć lat na przygotowanie

Poprzednia ekipa rządowa jeszcze w 2012 r. uchwaliła przepisy o tym, że od 1 września 2017 r. prawo do miejsca w przedszkolu zyskają wszystkie dzieci w wieku od trzech do pięciu lat. Sześciolatki zaś miały w tym czasie obowiązkowo uczęszczać do szkoły. Obecny rząd postanowił jednak to zmienić, w efekcie rodzice decydują o tym, czy umieszczać sześciolatka w szkole, czy też pozostawić go w przedszkolu. W ubiegłym roku aż 82 proc. opiekunów zdecydowało się na to drugie rozwiązanie. W tym roku będzie podobnie. A to uniemożliwia samorządom tworzenie miejsc dla najmłodszych w przedszkolach.

Resort edukacji potwierdza, że samorządy muszą w tym roku zapewnić miejsce w przedszkolu chętnym dzieciom od trzech lat. Dodatkowo podkreśla, że jeśli wójt nie zapewni wszystkim dostępu do placówki, to automatycznie dotacja na takie dziecko będzie pomniejszona. MEN stoi na stanowisku, że gminy powinny tak organizować sieć przedszkoli, aby sprostać oczekiwaniom rodziców.

Zdaniem ekspertów, wyjściem z tej patowej sytuacji byłoby zobowiązanie samorządów do zorganizowania dowozu dla wszystkich dzieci, a nie tylko pięciolatków i sześciolatków. To mogłoby je skutecznie zmotywować do tworzenia dodatkowych oddziałów przedszkolnych na terenie małych miejscowości.

– W art. 14a ust. 4a ustawy o systemie oświaty (t.j. Dz.U. z 2016 r. poz. 1943) przewidziano, że gmina może zorganizować dzieciom bezpłatny transport i opiekę w czasie przewozu do przedszkola lub innej formy wychowania przedszkolnego także w sytuacjach, gdy nie ma takiego obowiązku. Ten przepis można rozszerzyć o sytuacje, kiedy wyznacza się rodzicom dzieci odległe placówki – wskazuje Elżbieta Rabenda, edukator i ekspert z listy MEN.

– Jeśli rząd wraz z nałożeniem na samorządy obowiązku zapewniania wszystkim dzieciom miejsca w przedszkolu przyznałby dodatkowe środki lub np. objął wszystkie przedszkolaki subwencją na poziomie tej, która jest wypłacana na ucznia, to infrastruktura przedszkolna byłaby bardziej rozbudowana – proponuje Marek Olszewski, wójt gminy Lubicz, przewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP.

– Samorządy i tak robią wszystko, co mogą, aby sprostać wymaganiom rodziców – podsumowuje.