Prawie 70 mld zł. Tyle wynosi budżet NFZ na świadczenia zdrowotne na 2016 r. W porównaniu z 2005 r. to ponad 36 mld zł więcej. Zarządzanie takimi pieniędzmi to nie lada wyzwanie. Dla jednych. Dla innych kuszący kąsek. Nie dziwi więc chęć ich przyjęcia i przyklejenia nalepki „budżetowe”.

Pierwszy projekt ustawy dotyczący finansowania opieki zdrowotnej z budżetu państwa i likwidacji NFZ, zgodnie z zapowiedziami ministra zdrowia, będzie gotowy nie wcześniej niż w połowie przyszłego roku. Szczegółów więc jak na razie brak. Ale już pojawiła się zapowiedź wprowadzenia w miejsce ubezpieczenia zdrowotnego podatku zdrowotnego. Czyli daniny opłacanej przez wszystkich, którzy osiągają dochód, powszechnej i odprowadzanej do budżetu. Pieniądze będą więc trafiały do kasy publicznej, a nie do ZUS, następnie do NFZ i w ostatecznym rozrachunku do świadczeniodawców (tak jest obecnie). Z jednej strony droga przepływu środków ulegnie skróceniu (oszczędności), z drugiej państwo (rząd) zyska nad nimi większą (w zasadzie całkowitą) kontrolę. Bo jak budżet, to minister finansów. A jak szef najważniejszego resortu i wspólny worek, to większa możliwość żonglerki finansowej. Gdyby taki podatek był traktowany jako element składowy budżetu, to zawsze może pojawić się pokusa wykorzystania tych środków na inny cel niż lecznictwo (chyba że pieniądze będą znakowane). To oczywiście scenariusz czysto hipotetyczny. Nie zmienia jednak tego, że tam, gdzie Prawo i Sprawiedliwość widzi szanse na bardziej racjonalny sposób podziału pieniędzy, tam jego oponenci dostrzegają próbę reformowania zdrowia przy użyciu metod nieadekwatnych do realiów.

Pytanie, czy zmiana redystrybucji środków, wprowadzenie podatku zdrowotnego pozwolą osiągnąć cel główny, czyli objęcie świadczeniami nieodpłatnymi wszystkich pacjentów i czy bez podwyższania obciążeń fiskalnych, na lecznictwo trafi więcej pieniędzy. Eksperci przypominają kryzys gospodarczy z lat 2008–2012. W krajach, gdzie pieniądze na lecznictwo szły z budżetu (m.in. kraje bałtyckie, Portugalia), wydatki na ochronę zdrowia spadały. Okazało się, że w czasach zaciskania pasa priorytetem było co innego niż medycyna. Ubezpieczeniowy system finansowania zabezpiecza świadczeniodawców i pacjentów przed takimi ruchami.

Ale sama zapowiedź objęcia wszystkich ubezpieczeniem zdrowotnym, niezależnie od płaconych podatków (składek obecnie) pociąga za sobą jeszcze jedną bardzo niebezpieczną konsekwencję. Wzrost szarej strefy. W końcowym rozliczeniu może się okazać, że pracodawcy będą jeszcze mocniej zainteresowani zatrudnianiem na czarno. Pracownicy również, bo przecież ubezpieczenie będzie im się należało np. z tytułu pozostawania w rejestrze urzędu pracy. Skutek? Brak zachęty do czyszczenia często sztucznie napompowanych wykazów bezrobotnych. Część osób pozostających bez zatrudnienia wpisuje się na urzędnicze wykazy nie po to, żeby szukać pracy, ale wyłącznie w celu uzyskania prawa do nieodpłatnego świadczenia, nie wykładając na to z własnej kieszeni jednej złotówki. Konkluzja: ta sama pula środków będzie dzielona na jeszcze większą liczbę zainteresowanych. O dodatkowych źródłach finansowania nie wspominam (czyli np. powszechne, dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne). Dla obecnej większości rządzących to temat tabu, a już na pewno taki, o którym nie mówi się głośno.

Poza tym przekaz: „wszyscy jesteśmy ubezpieczeni” stwarza w odbiorcach fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Poczucie, że w każdej chwili, niezależnie od stanu zdrowia należą im się wszystkie świadczenia. Stąd brak odpowiedzialności w korzystaniu z nich. Stąd brak zrozumienia, czym jest np. pogotowie ratunkowe. Części wydaje się, że to nic innego jak przychodnia na kółkach. Tam się dzwoni, gdy boli głowa albo z powodu zwykłego przeziębienia. To również niepotrzebne, nieuzasadnione względami medycznymi, nadużywanie prostych badań diagnostycznych (np. krwi i moczu).

Prawo i Sprawiedliwość, myśląc o faktycznej reformie ochrony zdrowia, nie może zawracać Wisły kijem i zamykać się na dyskusję o innych, koniecznych zmianach (np. o tym, jak budować koszyk świadczeń gwarantowanych, czyli takich, które są opłacane ze środków publicznych). A niestety taki może być skutek hasła „system budżetowy w miejsce ubezpieczeniowego”.