Z roku na rok wydłużają się kolejki do lekarzy. By je skrócić, trzeba zmienić system finansowania służby zdrowia
Reklama
Stanisław Karczewski marszałek Senatu, lekarz, były dyrektor i ordynator oddziału chirurgicznego w Szpitalu Rejonowym w Nowym Mieście. / Dziennik Gazeta Prawna
Krzysztof Krajewski-Siuda ekspert Instytutu Sobieskiego, doktor habilitowany w dziedzinie nauk medycznych, specjalność zdrowie publiczne, członek Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Służba zdrowia musi być dostępna dla wszystkich – zapowiada nowy minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, który swoje plany chce wdrożyć szybko w życie. W efekcie lada moment niektóre leki zostaną udostępnione za darmo dla osób po 75. roku życia. Ponadto wszyscy Polacy mają mieć prawo do leczenia niezależnie od tego, czy mają ubezpieczenie. Czy wystarczy na to pieniędzy? Raczej nie. Rząd musi więc szybko opracować nowy model finansowania służby zdrowia. Jeszcze poprzednia ekipa rządząca proponowała wprowadzenie dodatkowych ubezpieczeń zarówno na leki, jak i leczenie, a także podejmowała dyskusję na temat współpłacenia przez pacjentów. Co na to eksperci?
Dopłaty do leczenia wydłużają kolejki
Wprowadzenie dodatkowych ubezpieczeń na obecnym etapie byłoby pogłębieniem nierówności w dostępie do służby zdrowia. Wprowadziłoby to większy chaos oraz wydłużyło kolejki do świadczeń medycznych. Wyobraźmy sobie, że dzięki dodatkowym ubezpieczeniom część osób mogłaby szybciej dostać się do lekarza czy wykonać daną operację. W efekcie byłoby to kosztem innych pacjentów czekających w kolejce. W najbardziej newralgicznych kolejkach – na usuwanie zaćmy czy wstawienie endoprotezy biodra lub kolana – reszta pacjentów czekałaby kilka lat. Oczywiście według obiegowych opinii dałoby się przeskoczyć kolejkę, nie narażając innych, ale w polskich realiach to nieprawdziwa teza. Możliwości lekarzy są ograniczone. I tak już pracują na kilku etatach. To, że w Polsce brakuje medyków, potwierdza raport OECD – Polska znajduje się w grupie tych państw, w których jest najmniejsza liczba lekarzy w przeliczeniu na liczbę obywateli – 2,2 na 10 tys. osób. Kto zatem miałby obsługiwać tych uprzywilejowanych pacjentów? Oczywiście można wykonywać operacje w nocy, ale kto by to robił? Zresztą brakuje nie tylko lekarzy, lecz także innego personelu medycznego, przede wszystkim pielęgniarek.
Innym rozwiązaniem, o którym się czasem mówi, jest współpłacenie. Przychodzi pacjent do przychodni czy szpitala i na wstępie płaci. To fatalny pomysł, dopłaty – nawet te najmniejsze – ograniczą dostępność służby zdrowia dla osób najsłabiej zarabiających. Tymczasem zgodnie z konstytucją ten dostęp ma być równy dla wszystkich obywateli. Na marginesie warto zaznaczyć, że już teraz wielu Polaków nie stać nawet na wykup potrzebnych leków (aż 30 proc. osób z tego powodu nie realizuje recept).
Stworzenie dodatkowej bariery już na poziomie wizyty u lekarza powodowałoby w dalszej perspektywie wzrost wydatków na leczenie osób najniżej zarabiających. Jeżeliby nie trafili oni do lekarza w pierwszym etapie choroby, to ich pogarszający się stan zdrowia ostatecznie doprowadzi do tego, że z powikłaniami trafią do leczenia szpitalnego. A ono nie należy do najtańszych. A więc dopłacanie pacjentów do wizyt u lekarzy jest nieracjonalne zarówno z powodów społecznych, jak i ekonomicznych.
Symboliczna opłata poprawi system
Aby system zdrowia działał sprawnie, należałoby wprowadzić współpłacenie za świadczenia zdrowotne. Przemawia za tym wiele argumentów. Jest to przede wszystkim mechanizm ograniczenia moralnego hazardu, czyli skłonności do ryzykownych zachowań, kiedy dostęp do zdrowia nie jest reglamentowany. W ubezpieczeniu zdrowotnym hazard moralny nabiera formy zbyt częstego korzystania ze świadczeń zdrowotnych. Tymczasem im częściej się z nich korzysta, tym bardziej rosną wydatki na zdrowie, które nie mają realnego odpowiednika w potrzebach zdrowotnych.
W latach 1988 i 2006 były przeprowadzone eksperymenty, które szacowały efekt współpłacenia. Wynika z nich, że wprowadzenie 25-proc. odpłatności ze strony pacjenta za leczenie zredukuje konsumpcję świadczeń zdrowotnych o 10 proc. Przy czym o jedną czwartą w opiece ambulatoryjnej i o 9 proc. w leczeniu szpitalnym. Nie spowodowało to – wbrew temu, co głoszą przeciwnicy współpłacenia – pogorszenia stanu zdrowia osób mniej zamożnych. Z eksperymentu wynikało, że jedynie wśród osób biednych, dodatkowo obciążonych dużym ryzykiem zdrowotnym, stan zdrowia mógł się pogorszyć. To wskazuje, że należałoby różnicować poziom współpłacenia.
Dobrym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie ryczałtowych, symbolicznych kwot, np. 5 zł za wizytę czy dzień hospitalizacji. To mogłoby ograniczyć koszty służby zdrowia nawet o ponad miliard złotych. Warto też podkreślić, że już teraz pacjenci dopłacają do systemu z własnych pieniędzy. Z badań OECD wynika bowiem, że ponad 30 proc. wydatków na zdrowie jest przez nas ponoszonych z własnej kieszeni.
Aby doprowadzić do skrócenia kolejek i poprawy służby zdrowia, Polacy powinni mieć też możliwość wyboru ubezpieczyciela. Najlepszym rozwiązaniem byłby trójfilarowy system ubezpieczeń wraz z podziałem składki zdrowotnej. W ramach I filaru – obejmującego m.in. podstawową opiekę zdrowotną i opiekę specjalistyczną ambulatoryjną – funkcjonowałby NFZ oraz fundusze prywatne. W II filarze byłyby m.in. procedury wysokospecjalistyczne i opieka długoterminowa finansowane ze składek trafiających do NFZ, a z III filaru mogliby korzystać ci, którzy chcieliby się dodatkowo ubezpieczyć.
Trudno jednak wprowadzać takie zmiany bez zgody społecznej. Tej nadal brakuje, co wiąże decydentom ręce.