Jakub Schulz, były wiceminister zdrowia, dziś ekspert firmy konsultingowej EY, wylicza, że na straty dla gospodarki składają się m.in. niezdolność do pracy – 1,4 mld zł, przedwczesne zgony – 8,4 mld zł (liczone jako strata produkcji w okresie, który dana osoba przepracowałaby, gdyby nie chorowała). Na straty dla gospodarki składa się także obniżona wydajność pracy osób, które sprawują nieformalną opiekę nad chorymi.

Autorzy raportu „Propozycja poprawy polskiego systemu onkologicznego” wskazują, że za dziesięć lat zwiększy się liczba chorych na nowotwory – obecnie jest szacowana na 310 tys. W 2025 r. może wynosić 350 tys. Zwiększy się też liczba nowych przypadków – ze 150 tys. do 185 tys. rocznie. Co oznacza, że koszty dla gospodarki z powodu choroby zwiększą się o 29 proc. i będą stanowić 1,3 proc. PKB.

Do tego dochodzi bardzo niska przeżywalność chorych na raka w Polsce – jako wskaźnik porównuje się 5-letni okres przeżycia od zdiagnozowania choroby. Według danych WHO umieralność na raka w Polsce była o 17 proc. wyższa niż przeciętnie w UE. Dla przykładu u nas po zdiagnozowaniu raka prostaty przeżywa (5 lat) – 63 proc. osób, w Unii ten odsetek wynosi 73 proc. Mniejsza jest różnica w przypadku raka płuca: szansę na przeżycie ma 20 proc., a w UE – 22 proc. Także w przypadku raka piersi różnice są niewielkie.

Co wpływa na skuteczność leczenia? Według autorów raportu powołujących się na analizy OECD: w 30 proc. organizacja procesu leczenia. Kolejne 25 proc. to zarządzanie strategiczne – czyli opracowanie celów, które powinno się osiągnąć w walce z nowotworem, i zmian systemowych. 45 proc. sukcesu to dostępność zasobów – lekarzy, aparatury medycznej.

Opisywana przez nas publikacja to kolejny raport wykazujący słabości leczenia onkologicznego w Polsce. Zdaniem autorów oraz organizacji zajmujących się pacjentami głównym kłopotem jest brak dostępu do nowoczesnego leczenia. Czyli pieniądze.

Obecnie w resorcie zdrowia toczą się rozmowy o refundacji z kilkuset producentami, z czego część dotyczy terapii onkologicznych. Jedynym z powodów sporu w tych rozmowach są finanse. Ministerstwo Zdrowia przekonuje, że ma ograniczony budżet na ten cel.

Z jednej strony resort stawia ultimatum – albo niższa cena, albo brak refundacji. Firmy z kolei nie składają wniosków o refundacje niektórych terapii. Jak przekonują, ceny, po jakich sprzedają leki w Polsce, i tak są najniższe w całej Unii. Sabine Vogler z WHO w rozmowie z DGP uważa, że sytuacja nie jest tak prosta. Jak tłumaczy, wszystko zależy od produktu.

Walka o dostęp do terapii to nie tylko kłopot Polski. Również w Komisji Europejskiej toczą się rozmowy, jak zwiększyć dostępność innowacyjnych leków i zawalczyć o przystępniejsze ceny. Jednym z pomysłów są wspólne negocjacje cenowe prowadzone przez kilka państw. Jako pierwsze taką próbę podjęły Belgia i Holandia. Jak mówią eksperci unijni, dzięki temu mają większą siłę przetargową.

Terapie onkologiczne są obecnie kluczowe. Rak, według ekspertów, może stać się pierwszym zabójcą w Europie. Obecnie zajmuje drugie miejsce po chorobach układu krwionośnego. Dlatego firmy pracują nad coraz nowszymi rozwiązaniami. I wykorzystując sytuację, dyktują coraz wyższe ceny. Udowadniają też, że większe pieniądze są im potrzebne, by pracować nad nowymi rozwiązaniami, które są kosztowne.

Ministerstwo Zdrowia przekonuje, że w Polsce dostępne jest to leczenie, które jest zarazem rzeczywiście skuteczne, jak i opłacalne ekonomiczne. Eksperci wskazują, że najczęściej jako główne kryterium, które powoduje odrzucenie leku, jest właśnie sama cena. Spośród 13 kryteriów ustawy refundacyjnej kosztowe zdaje się dzisiaj głównym czynnikiem decydującym o tym, czy dany lek zostanie objęty finansowaniem z budżetu NFZ, czy nie. Kryterium skuteczności klinicznej, czyli jak bardzo dany lek może przedłużyć i poprawić komfort życia chorych, schodzi na dalszy plan. 

ROZMOWA

Pacjenci w Unii powinni mieć równy dostęp do leczenia

Co jest największym wyzwaniem dla obecnych systemów zdrowia?

Największym problemem Europy jest zróżnicowany dostęp do leczenia. Choćby ostatni przykład: pojawiło się przełomowe lekarstwo na WZW typu C, które leczy z choroby. Co z tego, jeżeli jest niesamowicie drogim lekiem, o wiele droższym niż wcześniejsze terapie? W efekcie w Rumunii czy Bułgarii chorzy nie mają dostępu do leczenia, bo te rządy uznały, że zrujnowałoby to ich system. Część państw radzi sobie inaczej. Refunduje, ale nie wszystkim. Dostają tylko osoby spełniające konkretne kryteria. Innym sposobem jest limitowanie leczenia przez wprowadzenie kolejek. To jest wyzwanie, z którym musimy się zmierzyć: równego dostępu w UE do terapii. Tym bardziej że różnice są bardzo widoczne, kiedy spoglądamy na wskaźniki zdrowotne.

U nas wskaźniki mówiące o długości życia, pięcioletniej przeżywalności na choroby nowotworowe są fatalne. Ministerstwo Zdrowia przekonuje, że nie jest to kwestia dostępu do leków, a głównie trybu życia i szybkiego wykrywania chorób. Zdaniem ministerstwa kłopot jest też taki, że wiele terapii jest reklamowanych jako przełomowe, ale często są kosztowne, a niewiele dają pacjentom...

Problem jest złożony. Podam przykład – jakaś terapia onkologiczna w 30 proc. przypadków daje możliwość kilku miesięcy dodatkowego życia. Jest jednak bardzo kosztowna. Pytanie, czy jest zatem warta finansowania, jeżeli koszty ponoszą wszyscy obywatele, którzy się składają na budżet zdrowotny. Kwestia jest bardzo delikatna. Tutaj rozwiązaniem powinno być personalizowanie leczenia. Podanie go tylko tym, co do których będzie wiadomo, że lek zadziała. Tak już się dzieje w onkologii dziecięcej.

Jednak cały czas osoba decydująca o wydaniu leczenia staje przed wyborem: lepiej zapłacić miliony za leczenie jednego pacjenta czy sfinansować inny lek, ale dla setki osób? Jakie są granice solidarności społecznej?

To przede wszystkim przypadek chorób rzadkich. Koszty leczenia dwóch osób zabierają lwią część budżetu na zdrowie. Można by powiedzieć, że choroby kardiologiczne to główny zabójca, i to ich leczenie powinno być lepiej finansowane. Uważam, że istnieje pewne rozwiązanie. Wyobraźmy sobie, że mieszkaniec Polski ma chorobę rzadką, a państwo limituje mu dostęp do leczenia. Ale jest też posiadaczem europejskiego paszportu. Ten mu umożliwia leczenie za granicą, bo jest obywatelem Europy. W związku z tym powinny istnieć, chociażby właśnie dla chorób rzadkich, ośrodki przeznaczone tylko dla nich. Tam mogliby przyjeżdżać pacjenci z różnych państw, a część kosztów pokrywałby im ich ubezpieczyciel. Ale też dzięki skupieniu w jednym miejscu badań pacjentów lekarze zyskiwaliby doświadczenie, a leki, które teraz są bardzo drogie, bo nikomu się nie opłaca ich produkować – potaniałyby. Bo byłoby wiadomo, że będą wykorzystywane.

Problemów z systemem zdrowia jest więcej.

Według obiektywnych danych procent PKB przeznaczany w Polsce na ochronę zdrowia jest niski. Ponieważ Polska może się pochwalić całkiem dobrą kondycją gospodarczą, wzrost wydatków na zdrowie nie doprowadziłby do bankructwa. Również system finansowania powinien być bardziej przejrzysty. I jeszcze jeden poważny problem, z którym Polska powinna się uporać: alkohol. To przyczyna wielu chorób. Ważna jest więc prewencja, która spowodowałaby mniejsze picie.