Hipochondryk. Histeryk. Pacjent problemowy. Wszystko go boli. Nie może spać. Ma problemy z chodzeniem. Z widzeniem i kojarzeniem. Najpierw ląduje na oddziale zakaźnym, potem w psychiatryku. Wreszcie na rencie, bo diagnozują u niego SM albo alzheimera. A to pacjent z boreliozą, która przeszła do postaci rozsianej przewlekłej. Ofiara systemu. Medycznego.
Oto jeden z bohaterów naszej opowieści: krętek, zwany z łacińska Borrelia burgdorferi (bo to on jest zwykle odpowiedzialny za cierpienia ludzi z naszej strefy geograficznej). Bardzo inteligentna, cwana bakteria, nie bez powodu nazywana wielkim imitatorem. Gdyby przyrównać ją do człowieka, przybrałaby postać niebezpiecznego przestępcy, cichego dusiciela, który – aby dopaść ofiarę – wciela się w wiele postaci, kłamie, a kiedy go dopadniemy, udaje bezbronnego, aby za chwilę tym brutalniej zaatakować. Jest bezwzględna i podstępna, więc nazbyt często umyka policyjnym, to jest medycznym, statystykom. Co gorsza, przez funkcjonariuszy medycyny jest zwykle niedoceniana. A jej działanie zatacza coraz szersze kręgi. Nie budzi takiej grozy jak wirus eboli czy choćby oswojony już HIV, jest traktowana z większym pobłażaniem niż stara, dobra gruźlica. Niesłusznie. Bo sieje równie duże, jeśli nie większe spustoszenie. Zwłaszcza że ma do pomocy w swojej zbrodni legiony paskudnych pajęczaków zasiedlających nasze lasy, pola i łąki. Parki i cmentarze. Nieużytki i przydomowe ogródki. Kleszcze. Są wszędzie. To obcy, z którymi nie nauczyliśmy się walczyć – niczym w horrorze klasy C.
Ale to nie film, tylko przerażająca rzeczywistość. I dobrze by było się z nią zmierzyć.