Reklama
To oznacza, że za tę samą cenę będą musiały wykonać dwa razy więcej testów. Laboratoria ostrzegają zatem, że uczestniczenie w publicznym systemie może stać się po prostu nieopłacalne. Z kolei decydenci wskazują, że rynkowa cena testu spadła. Bez dodatkowych nakładów będzie więc można wykonać ich więcej, co jest istotne, bo zapotrzebowanie zapewne wzrośnie z powodu ewentualnej zmiany przepisów dotyczącej testowania pracowników oraz osób po szczepieniu. To niejedyna zmiana: potrzeby mogą się zwiększyć również w związku z pojawieniem się Omikronu. Z jego powodu, według ekspertów, potrzebne będzie dwa razy więcej testów.
Na początku pandemii wycena za test sięgała 400 zł. W kwietniu zeszłego roku cena została zmieniona i wykonanie go metodą RT-PCR bez kosztów odczynników zostało ustalone na 140 zł, zaś z ich uwzględnieniem na 280 zł. To stawki, które obecnie otrzymują laboratoria realizujące testy w ramach umowy z NFZ. Teraz jest planowane kolejne cięcie. Z naszych rozmów wynika, że jego przyczyną jest nie tylko spadek ceny testów na rynku (co analizowała Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji od sierpnia do października), ale i wysokie marże laboratoriów. Placówki przyznają, że jest pole do negocjacji, ale uważają, że korekta ceny powinna być mniejsza i wynosić kilkanaście-kilkadziesiąt procent. Mają też żal o brak konsultacji.
- Jedne koszty spadły w okresie między falami pandemii, ale są też takie, które wzrosły, szczególnie w ostatnich tygodniach. Mowa np. o odczynnikach, których zaczyna brakować na rynku, co podbija ich cenę. Jest to związane z pikiem czwartej fali, czyli jest widoczne od połowy listopada, a ten okres zapewne nie podlegał ocenie AOTMiT. Wzrastają też koszty pracy. Presja płacowa jest bardzo widoczna w branży medycznej. A trzeba pamiętać, że personel medyczny odgrywa kluczową rolę przy pobieraniu materiału i jego badaniu w laboratorium - mówi Tomasz Anyszek, pełnomocnik zarządu ds. medycyny laboratoryjnej w spółce Diagnostyka, która na razie nie otrzymała wypowiedzenia umowy współpracy od NFZ.
Zdaniem ekspertów taki ruch w szczycie pandemii jest bardzo ryzykowny. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że nie wszystkie laboratoria zgodzą się nawiązać współpracę z NFZ na nowych warunkach. Mowa zwłaszcza o mniejszych, wykonujących mniej badań na dobę, gdzie koszty są po prostu wyższe.
Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe
Poza tym rynek komercyjnych testów bardzo się rozwinął w ostatnim czasie, co może być zachętą do tego, by jednak nie wiązać się umową z NFZ. Szacuje się, że dziś połowa testów robiona jest na potrzeby NFZ, a połowa komercyjnie. Ten ostatni segment zyskał, odkąd ruszyły turystyka, podróże służbowe, zwłaszcza te zagraniczne, pracodawcy zaczęli też badać na własny koszt pracowników.
Część laboratoriów dostała w ostatnich dniach wypowiedzenia umów z NFZ. Nie przedstawiono im jednak nowych warunków, choć z naszych informacji wynika, że ma się tak stać. Jak słyszymy, korekta umów ma pomóc uporządkować system, a przy NFZ zacznie działać nowy rejestr. Laboratoria przekonują, że taki sposób działania powoduje poczucie braku bezpieczeństwa, bo nie wiedzą, jak może wyglądać ich praca w następnych miesiącach. - To nie jest dobry ruch w momencie, kiedy test jest jednym z podstawowych oręży walki z COVID-19 - przypomina jeden z naszych rozmówców. Jeśli ostatecznie mniej laboratoriów podpisze nowe umowy z NFZ, pojawi się ryzyko kolejek i dłuższego oczekiwania na wynik.
Według danych Ministerstwa Pracy obecnie 321 laboratoriów wykonujących badania wymazowe w kierunku COVID-19 (stan na 23 listopada 2021 r.). Codziennie wykonywanych jest ok. 100 tys. testów. - Szacowane możliwości diagnostyczne tych laboratoriów wynoszą jednak ponad 192 tys. badań na dobę. Ciągle zwiększamy potencjał laboratoriów wykonujących badania diagnostyczne w kierunku SARS-CoV-2 - zapewnia Agnieszka Pochrzęst-Motyczyńska z resortu zdrowia. ©℗