Dziennie wykrywa się u nas ok. 20 tys. zakażeń koronawirusem. Tak wynika z testów…
Chorych jest zdecydowanie więcej niż dodatnich testów. Zakłada się, że ta liczba jest nawet cztery razy większa.
To ma znaczenie?
Reklama
Zdecydowanie tak. Skoro tak dużo osób wymyka się systemowi, to nie można przeprowadzić rzetelnego śledztwa epidemiologicznego i np. takich ludzi odizolować. Wysoki odsetek dodatnich testów świadczy także o słabej kontroli pandemii. WHO mówi o progu 5 proc. - tyle testów ze wszystkich zrobionych powinno być dodatnich. Tymczasem w Polsce co czwarty test jest pozytywny. To nie jest dobry sygnał. Może to też świadczyć o tym, że testują się głównie osoby z wyraźnymi objawami. Jednak ci niewykrywani bezobjawowi też zakażają.
W części szpitali testuje się tylko nieszczepionych, zaszczepiony miał nie chorować…

Reklama
Nie, ma lżej przechodzić chorobę. Ale tym bardziej przy przyjęciu do szpitala, np. na zabieg planowy, powinien być sprawdzony. Bo jeżeli ma COViD-19, to z większym prawdopodobieństwem przechodzi go na tyle lekko, że nie ma objawów. Dlatego paradoksalnie w tym przypadku trzeba polegać właśnie na testach i w dodatku robić PCR, a nie antygenowy. Bo antygenowe przy braku objawów są nieskuteczne: mogą wyjść fałszywie negatywne. Co gorsza, istnieje również coś takiego jak okno serologiczne, czyli moment, kiedy człowiek już jest chory, ale na testach tego jeszcze nie widać. Dlatego pacjentów trzeba testować przy wejściu, ale i po przyjęciu do szpitala.
Osoba po szczepieniu może zarażać?
Tak. Nadal może zarażać, choć krócej, więc jak trafi do sali z innymi pacjentami, to jest potencjalnie niebezpieczna.
Dlaczego inne placówki nie zawsze tak robią?
Czas i pieniądze. Wiele szpitali znalazło się w jeszcze gorszej sytuacji finansowej w związku z pandemią. I oszczędzają - nawet jeżeli testy analizują na miejscu, a nie na zewnątrz, to i tak jeden test wiąże się z kosztem rzędu ok. 300 zł. To też kolejna czynność, na którą nie ma czasu. Ale sami Polacy się nie testują.
Bo?
Jest syndrom udawania, że pandemii nie ma. Ludzie wolą nie sprawdzać, czy są chorzy. Tak jak małe dziecko, które chowa głowę za firankę i uważa, że zniknęło. To, podobnie jak brak szczepień, jest nieodpowiedzialne.
Najwyżej zachorują...
I zajmą łóżko choremu, który go potrzebuje. Obecnie kilkanaście tysięcy łóżek jest zajętych przez chorych na COVID-19. Szczepieni stanowią marginalny odsetek tej grupy. Aż się ciśnie na usta, żeby kazać takim osobom płacić za leczenie albo do niego dokładać, tak jak w Singapurze. Wtedy byłoby sprawiedliwie.
Mamy publiczny solidarny system.
Ale to nie jest solidarne zachowanie. Nikt nie jest samotną wyspą. Te co najmniej kilka tysięcy osób zajmuje łóżka pacjentom z innymi chorobami, którzy nie zniknęli. Dla tych chorych, którzy zazwyczaj się zaszczepili, opóźnienie leczenia ich choroby to często różnica między życiem i śmiercią. I nie chodzi tylko o miejsce, ale także personel, który jest przekierowany do opieki nad pacjentami z COVID-19. Jak ktoś się zaszczepił i trafił do szpitala to pech, ale jeśli się nie szczepił - to już głupota i świadoma decyzja. Nie możemy przecież samodzielnie decydować, że na autostradzie pojedziemy pod prąd.
Czyli obowiązkowe szczepienia dla wszystkich?
Jak najbardziej. Są obowiązkowe na polio i gruźlicę, choć to choroby, które obecnie nie stanowią aż takiego problemu i nie zabijają codziennie. Tutaj umiera ok. 400 osób dziennie.
Byłyby protesty. Takie jest tłumaczenie rządu. A także to, że zwiększyłoby to opór wobec szczepień.
To nie byłby wielki problem. Zadeklarowanych przeciwników nie jest wcale aż tak wielu. I nie jest to na pewno te 48 proc., które obecnie nie jest zaszczepione. Myślę, że większą przeszkodą są względy pozamedyczne. To jest bardziej skomplikowana sytuacja. Mam wrażenie, że i ministrowie i premier dobrze zdają sobie sprawę z powagi sytuacji.
Jakie są rekomendacje Rady Medycznej?
Rada odpowiada na pytania premiera. I zawsze uważaliśmy, że po to, by działania były skuteczne, potrzebna jest spójność przekazu. Do tej pory dbaliśmy, żeby nasze stanowiska nie były rażąco rozbieżne i staraliśmy się wydawać rekomendacje, które są realne do wprowadzenia.
Ostatnio jest większy „rozjazd”.
Jest kilka rzeczy, które od dawna postulujemy: obowiązkowe szczepienia nauczycieli, medyków. Więcej regulacji prowadzących do zwiększenia odsetka zaszczepionych jak kontrola paszportów covidowych.
A obostrzenia? Jeden z ekspertów powiedział nam, że niewiele by dały. Po prostu niektórzy zakaziliby się wirusem później.
Nieprawda. Z kilku powodów. Przede wszystkim chodzi o zredukowanie liczby zakażonych w tej chwili, z których część z pewnością umrze. Po drugie, restrykcje dają niezaszczepionym czas na skorzystanie ze szczepień. Dodatkowo restrykcje zwiększają motywację do szczepień. Brak restrykcji neguje powagę pandemii, nie jest tak groźna, to znaczy, że nie ma po co się szczepić. Chodzi także o bezpośredni wpływ: ograniczenia mają sens wobec ludzi niezaszczepionych. Wtedy albo się zaszczepią, albo będzie można ich odizolować od zaszczepionych. Pamiętajmy, że nie wszyscy zaszczepieni wytworzą odporność - wtedy kontakt z niezaszczepionymi stanowi dla nich większe i nieuzasadnione ryzyko.
Rada Medyczna spotkała się w niedzielę wieczorem. O czym rozmawialiście?
M.in. o tym, jak lepiej egzekwować restrykcje, które już obowiązują. Firmy nie będą sprawdzać, czy pracownicy się zaszczepili - gdy już przejdzie projekt ustawy dającej takie uprawnienia - jeśli nie usłyszą, że może się to wiązać z zamknięciem działalności. A jak nie będą tego wymagać, to pracownicy nie będą mieli motywacji do szczepień - i koło się zamyka.
Jakie restrykcje pan by wprowadził?
Ograniczenie dostępu do niektórych miejsc dla osób nieszczepionych: kin, teatrów, restauracji. Rozważyłbym też zakaz wstępu do komunikacji miejskiej. To jest przestrzeń zamknięta, w której najłatwiej o zakażenie. ©℗
Rozmawiali Klara Klinger, Jakub Kapiszewski